piątek, 7 lipca 2017

Drr!!Oneshot:Dzień singla

Witajcie!
Wakacje już się zaczęły, ale cały czas mam pełne ręce roboty. Razem z Asiri wzięłyśmy się za bloga- staramy się przygotować trochę rozdziałów w zapasie, mamy pomysł na nową historię i ogólnie próbujemy wyjść z bałaganu (abo bagna) jaki sobie narobiłyśmy w roku szkolnym, a z którego zupełnie nie jestem zadowolona.
To co do Was właśnie trafia to jeden z obiecanych już jakiś czas temu specjałów i mam nadzieję, że umili wam, chociaż w małym stopniu, czekanie na kolejne rozdziały. Specjał pisałam sama, Asiri tym razem sprawdzała moje wypociny i podsuwała pomysły. W treści ukryłam małą zapowiedź dotyczącą projektu, którego postęp możecie znaleźć w nowej zakładce ,,stan przygotowania rozdziałów". Piszcie w komentarzach czy ją znaleźliście :D. Przy okazji mam nadzieję, że nawet jeżeli nie oglądaliście lub czytaliście Drr!!! to rozdział przypadnie Wam do gustu (a może nawet zachęci do zapoznania się z projektem Durarara).
Nie przedłużam już, zostawiam was z lektura i idę płakać nad listą rzeczy do zrobienia. Miłego czytania!





Drrr!!:Dzień singla


I am a Lion and I whant to be free!

You see a Lion when you look inside of meee!

Trzask, plusk i głośne krzyki rozległy się na szkolnym korytarzu w chwili gdy muzyka została brutalnie przerwana, a głośnik do tej pory zamontowany nad wejściem do jednej z sal lekcyjnych, wylądował za oknem i roztrzaskał się na kostce brukowej którą wyłożony był dziedziniec akademii Raira. Grupa uczennic w dole rozproszyła się z głośnym krzykiem gdy odłamki chwilę temu grającego urządzenia rozprysły się na wszystkie strony przez impet uderzenia. Poza tym szkolna codzienność trwała jak zawsze. To nie było nic niezwykłego, nic co nie działo by się codziennie od przeszło roku.
 ,,Czarna wesz”, będącą  przyczyną całego incydentu patrzyła na ,,Tlenionego wilka” z bardzo wymowną miną, którą po chwili zmieniła na szeroki uśmiech, nie mogący należeć do człowieka. Izaya zacmokał niezadowolony podpierając się rękoma na drewnianym parapecie. Od początku do końca oberwał mknący w dół z zastraszającą prędkością przyrząd. Kolejne straty dla szkoły, ale jego za bardzo to nie obchodziło. To nie on będzie zajmował się pozyskaniem funduszy. Jeśli dobrze pójdzie nie poniesie żadnej odpowiedzialności.
-Na prawdę nie rozumiem, Shizu- chan…- Zaczął z teatralnym przejęciem w głosie, maskującym rozbawienie goszczące na jego twarzy.- Co nie spodobało ci się w tej piosence? Osobiście uważam, że bardzo pasuje do takiej bestii jak ty...
Odskoczył w bok dosłownie kilak sekund zanim pięść uderzyła miejsce gdzie jeszcze przed chwilą była jego głowa. Twarz Shizuo wykrzywiła się gniewnie, a na jego czole pulsowała żyłka. Znak ostrzegawczy. Zawsze kiedy się pojawiał ludzie mający choćby krztę instynktu przetrwania brali nogi za pas.
Ale nie Orichara.
Orichara bawił się do samego końca, nie zważając na konsekwencje.
-Zabiję cię, Izaya!!!-Krzyknął Heiwajima podnosząc ławkę stojącą nieopodal i cisnął nią w stronę niższego chłopaka, który odskoczył zanim nadlatujący pocisk zdołał go sięgnąć. W jego dłoni zabłyszczał noż sprężynowy, gdy wokół wirowały odłamki szyby i zapachniało łamanym drewnem.
-Ale po co te nerwy, Shizu-chan? Nie wspominając już o tym, że zupełnie nie rozumiem czemu od razu sądzisz, że mam z tym coś wspólnego?- Czarnowłosy zatrzepotał rzęsami. Z takim wyrazem twarzy z powodzeniem mógłby uchodzić za świętego, gdyby nie trzymane przezeń ostrze błyszczące ostrzegawczo. Klasa zdążyła już opustoszeć i poza nimi stała tu jeszcze dwójka uczniów gotowa do interwencji, ale dopiero kiedy ,,Tleniona Bestia” trochę ochłonie.
Izaya ponownie zrobił tę swoją teatralną minę i westchnął wskazując na siebie nożem. Jak zwykle nie ubrał mundurka. Czarna skórzana kurtka opinała jego drobne ramiona i kontrastowała z czerwoną bluzką, która wybijała się mocno na tle czarnej odzieży. Wolną ręką odgarnął włosy z czoła i zrobił urocza minę, przez którą śmiało mógłby konkurować z postaciami z anime.
Przecież to nie było tak, że od tygodnia planował to wszystko…Przecież to nie on śledził blondyna pod sam jego dom, zorganizował stłuczkę, w której Heiwajima wziął udział i wykradł mu MP3, zgrał wszystkie piosenki i postanowił, jako członek samorządu, puścić każdą z nich na dzień singla... Przynajmniej połowę z tych rzeczy zrobili wynajęci przez niego ludzie, dlatego też oskarżenia blondyna były bezpodstawne.
On był zupełnie niewinny, prawda?
Nie wspominając już, że w cały plan zamieszani byli również Dotachin i Shinra, którzy teraz z przerażeniem oglądali bijących się przyjaciół wymieniając pełne niepewności i zaniepokojenia spojrzenia, do chwili gdy Shinra Kishitani nie wbił w Kyoucheia Kadotę, zwanego Dotachinem, swojego błagającego spojrzenia. 
-Zapomnij.- Powiedział w końcu Kadota, po ponad pięciu minutach ciszy i intensywnego wpatrywania się w oczy niskiego okularnika, który tylko jęknął w odpowiedzi drapiąc się po głowie i odczuwając sromotny zapach porażki.
-Przecież jeszcze nic nie powiedziałem...-Bronił się piskliwym głosem, ale zaniechał i tego, kiedy prawie oberwał z kwiatka doniczkowego, który podarowali swojemu wychowawcy w zeszłym roku. Nic z niego nie zostało.
-Ale pomyślałeś. Idę do radiowęzła zanim komuś stanie się krzywda i będziesz musiał ich łatać.-Mruknął i wyszedł szybkim krokiem z klasy. Na korytarzach tłoczyli się już uczniowie zaaferowani dziwnymi odgłosami i całą aferą. Z resztą mało kto nie domyślił by się jacy uczniowie znowu się biją kiedy głośne ,,IZAYA!!!!” padało z ust Shizuo z częstotliwością większą niż pociski wylatujące z karabinu maszynowego.
-Czemu ja się w ogóle zgodziłem na to wszystko?- Jęknął Dotachin, słysząc jak kolejne okno i ławka dożywa swoich dni, przy okazji cofnął się myślami do TAMTEGO poranka...
***
Było wcześnie, słońce majaczyło pomiędzy wieżowcami spowijając wszystko pomarańczowym aksamitem. Ptaki, gnieżdżące się w rosnących dookoła szkoły drzewach wiśni podśpiewywały uroczo sprawiając, że atmosfera była bajeczna.
Izaya Orichara, mózg zbrodni i prawdopodobnie przyszły kryminalista, siedział na dachu bawiąc się nożem sprężynowym wsłuchany w tę niezwykłą melodię, wpatrzony we wschód słońca kiedy do głowy przyszedł mu kolejny genialny plan uprzykrzenia życia swojemu nemezis. Poderwał się na nogi z nowym zapałem, okręcił parę razy na krawędzi dachu i chwycił barierek aby przeskoczyć na bezpieczniejszy teren i zbiec po schodach do pomieszczenia samorządu. Plan już kiełkował w jego głowie, był z siebie dumny bo zapowiadało się, że tym razem obejdzie się bez niespodzianek. Kierowca przyjmie odpowiednią sumę i zrobi co do niego należy a sam czarnowłosy dopilnuje, aby Shizuo Heiwajima był w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze.
Szatański śmiech rozniósł się po pustych korytarzach Rairy niczym zapowiedz końca.
-Kocham dzień singla~.-Zaśpiewała ,,Czarna wesz” pod nosem i ruszyła biegiem schodami by jak najszybciej podzielić się swoim planem z innym członkiem samorządu i jednym z niewielkiej grupy tolerujących jego obecność ludzi, których zwykł nazywać ,,kolegami”.
~~~
W pomieszczeniu samorządu unosił się zapach kredy, palonego drewna i sosny. Sterty papierów piętrzyły się na ławkach czekając, aż ktoś je uzupełni, jednak wszyscy członkowie tej zamkniętej organizacji patrzyli na owe stosiki z odrazą. Przeważnie wszystko zwalali na Shinrę, który nawet nie należał do samorządu, ale bardzo łatwo było go przekupić. Na przykład zdjęciami ran i filmikami z operacji…
Niezmącony spokój pomieszczenia pozwalał Kadocie zająć się swoimi mniej lub bardziej ważnymi sprawami przy dźwiękach ulubionej muzyki docierającej do jego uszu ze słuchawek i zupełnie ignorować otoczenie.
Tylko, jak się później zorientował, zignorował o jedną rzecz za dużo.
Izaya wpadł do sali bardziej podjarany niż zazwyczaj. Usiadł przed nim z niewinną miną i przesunął palcami po jego dłoni, jednak sam Kadota nie zwrócił na to najmniejszej uwagi, przez co stało się jasne, że młody informator osiągnie zamierzony cel. Powoli i z powierzchownym spokojem zaczął przedstawiać dość ryzykowny i brawurowy plan dotyczący zdobycia muzyki na dzień singla, bo jak to stwierdził: ,,Walentynki są przereklamowane...”
-Zgadzasz się Do. Ta. Chin?- Spytał śpiewnie pod koniec długiego monologu, wiedząc, PO PROSTU WIEDZĄC, że chłopak nie słyszał ani słowa. W odpowiedzi usłyszał ciche, zbywające ,,,yhm".
Tak, to był gwóźdź do trumny jeśli chodzi o powodzenie nowej szkolnej imprezy. W głowie przewodniczącego wszystko wyglądało idealnie- stragany z jedzeniem przed szkołą, konkursy w których główną nagrodą jest kolacja dla dwojga w Rosyjskim Sushi i dziewczyny w uroczych mundurkach, zapraszające go do wspólnego startowania w konkursach…
Nie było tam miejsca na latające głośniki, biurka i krzesła oraz rozbite okna.
Dotachin bardzo żałował, że nie słuchał tego co Izaya do niego mówi... Przysiągł sobie, że już nigdy nie będzie słuchał przy kimś muzyki. NIGDY. A już na pewno nie przy NIM.
***
Potrząsnął głowa i wszedł do radiowęzła. Trudno, czasem trzeba zmienić plany a jeśli tak ma wyglądać dzień z muzyką, to chyba wszyscy wolą żeby jej nie było. Przynajmniej nikogo nie trzeba będzie przewozić do szpitala.
Kyouhei rozejrzał się po pomieszczeniu. Było dość ponure, na szarych ścianach wisiały różnej maści plakaty, podłoga była wypełniona kartkami papieru i Bóg jeden wie czym jeszcze. Z konsoli mikserskiej migały na niego błagalnie różnokolorowe diody, ale młody Japończyk po prostu stał w miejscu i gapił się na przyrząd niczym na przybysza z innej planety.
-Ja tylko chciałem spokojnego szkolnego wydarzenia. Czy naprawdę prosiłem o tak wiele?-Westchnął.
Najwidoczniej tak. W tym miejscu był pierwszy raz, z resztą nic dziwnego. W zeszłym roku było to miejsce schadzek napalonych licealistów, a w tym roku komórka zaczęła nosić miano ,,Nory Orichary” lub, jak kto woli, ,,Nory Czarnej Pchły” i Kadota wolał nie wiedzieć do czego jeszcze, poza puszczaniem muzyki, może służyć szkolny komputer i konsola, oraz programy, które Izaya zainstalował, najprawdopodobniej nielegalnie.
Odchrząknął i usiadł ostrożnie na czarnym krześle obrotowym bojąc się, że okaże się ono skrytką na organy albo dziwne substancje, nic się jednak nie wydarzyło. Ot, zwykłe krzesło.
Teraz musiał zorientować się jak to cholerstwo wyłączyć, a na myśl przychodziło mu jedynie wyciągnięcie wtyczki z gniazdka co też uczynił modląc się aby nie wysadziło korków w szkole.
Wyciągnięcie kabla przyniosło jednak zamierzony efekt, a muzyka przestała grać. Przewodniczącemu udało się nawet zlokalizować pendraiwa z muzyką i skonfiskować go, tak na wszelki wypadek.
***
Tymczasem w innej części szkoły panowało istne piekło. Sala pogrążyła się w chaosie, z parapetów poznikały doniczki a krzesła i przedmioty które do tej pory uchroniły się przed destrukcyjnym wpływem Shizuo teraz latały w powietrzu jak rakiety, próbując dosięgnąć czarnowłosego, śmiejącego się radośnie chłopaka, który raz za razem unikał kolejnych serii wyrzucanych w jego stronę.
-Zabiję cię gnido!- Heiwajima kipiał złością, ale zapewne gdyby ktoś odważył się spytać o co tak właściwie jest wściekły musiał by przyhamować na chwilę i się zastanowić, bo jakoś wyleciało mu to z głowy. Teraz był wściekły tak dla zasady, bo menda nadal nie zginęła.
-Pora zapisać się na jakąś terapię Shizusiu. Zobacz co zrobiłeś z klasą głuptasku.-Zaśmiał się uroczo, ukradkiem posyłając w jego stronę ostrze, które zagłębiło się w nogę rozjuszonej bestii jak w masło. Tyle, że Heiwajima nic nie poczuł. Co więcej ze spokojem opuścił krzesło na ziemię i ku zdziwieniu Orichary, i zapewne wszystkich zgromadzonych, odetchnął ze spokojem.
-Chodź Shinra. Zjemy obiad, zgłodniałem.-Odpowiedział i pociągnął za sobą okularnika.
Izaya patrzył w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stał blondyn z autentycznym zdziwieniem malującym się nią jego twarzy. Po raz kolejny kompletnie nie potrafił zrozumieć nemezis. Jego zachowanie było tak nielogiczne, że chłopak potrzebował kilkunastu sekund aby dotarło do niego co przed chwilą się wydarzyło.
-Poważnie?-Spytał siebie niedowierzającym głosem a po chwili z uśmiechem poleciał za nimi.
-Poczekajcie też jestem głodny~! Shizuś, nie zostawiaj mnie~!- Zaświergotał wskakując olbrzymowi na plecy.
Kadota obserwował to z końca korytarza. I po raz kolejny rozważał zmianę szkoły.
-Szalony hobbysta operacji, nadludzko silny człowiek i szatan wcielony… Muszę zmienić towarzystwo. Jak najszybciej…
***

Rozsiedli się wygodnie na dachu. Mimo, że zbliżała się zima i niedługo spaść miał śnieg, a czerwone liście tańczyły w powietrzu miejsce to nadal było ogólnodostępne. Wielu uczniów spędzało tu przerwy, w tym i paczka przyjaciół, dość dziwna na pierwszy rzut oka… chociaż jeszcze dziwniejszym zjawiskiem dla wszystkich uczniów było to, że bywały dni takie jak ten, gdy Izaya Orichara i Shizuo Heiwajima siedzieli w jednym pomieszczeniu i nie dochodziło między nimi do kłótni i bójek.
Grupa właśnie zjadała się swoimi bento rozmawiając, jak na nich, względnie normalnie.
Izaya nachylił przez ramię ,,Tlenionej bestii” i zjadł kawałek okonomiyaki trzymany przez swoją ofiarę pałeczkami.
Zadowolony wcisnął się między niego a Kadotę, posyłając tego drugiego łokciem na beton i uśmiechnął się uroczo. Intensywnie nad czymś myślał, ale nie chciał się tym podzielić.
-Słyszałem, Shizusiu, że twoja…Partnerka, którą wytypowała nasza klasa…-Zaczął jakby się ociągając.
-Co jej zrobiłeś, mendo?-Blondyn zmarszczył groźnie brwi, przyciskając opakowanie bardziej do siebie gdy Izaya chciał podkraść kolejny kawałek omlecika.
-Ja? Dlaczego uważasz, że to ja coś jej zrobiłem? Jestem niewinny.-Zaćwierkał anielskim głosem i zanim bestia się zorientowała podkradł mu shitake.- Skręciła kostkę… Straszny wypadek.-Otarł wyimaginowaną łzę z policzka.
-I mówisz, pchło, że wcale jej w tym nie pomogłeś?-Zawarczał odsuwać się od niego, ale Izaya zaraz znowu był przy nim
-Nie musisz się martwić. Nie ma czasu na wybór nowej dziewczyny dlatego wpisałem siebie.
-C.O?-Tyle wydusił z siebie Shizuo zanim Izaya zniknął na schodach prowadzących do łazienki w podskokach. Dotachin także był w szoku.
-Powiedzcie, że on żartował…-Wyszeptał, a jego ręka z pałeczkami zatrzymała się pół drogi od ust.
Shinra, który już skończył swój posiłek zajrzał na internetową listę i uśmiechnął się pobłażliwie. Nie wiedział jak im to delikatnie przekazać.
-Khm… Wygląda na to, że będziesz w drużynie z niejaką Kanrą Oricharą, Shizuo…
-No ty sobie chyba kurwa jaja robisz!-Żyłka na jego czole niebezpiecznie zaczęła drgać, a Dotachin westchnął po raz kolejny tego dnia.
Nie powinien powierzać Izayi zaprogramowania ochrony przeciwwłamaniowej do systemu…
***
Izaya przejrzał się w lustrze wiszącym w szkolnej łazience z uśmiechem na ustach. Damski mundurek leżał na nim idealnie a czarna peruka opadała na jego plecy falami. Musieli by zajrzeć mu w majtki żeby się zorientować, a nie są na tyle głupi- a może raczej inteligentni- żeby to zrobić.
Naprawdę bardzo zależało mu na kolacji z Shizuo.

***

Konkursy zaczęły się jak z bicza strzelił. Kadota wygłosił szybkie przemówienie, by dodać głos dyrektorowi, który poza życzeniem wszystkim dobrej zabawy napomniał coś o zniszczonej klasie, tyle że to już nikogo nie obchodziło.
Shizuo przechadzał się szybkim krokiem między straganami mając nadzieję, że w ten sposób nie spotka mendy. Naprawdę modlił się o to do wszystkich znanych mu bóstw… Ale te i tym razem go nie wysłuchały.
Pchła uwiesiła się na jego plecach z szerokim uśmiechem, ale tylko na kilka sekund. Potem leżała na ziemi. Tleniony wilk obrócił się w stronę mendy i zamarł. Nie wiedział co powiedzieć i nie żeby był to pierwszy raz kiedy przy Izayi odbierało mu mowę, ale TO… To co zobaczył… Po prostu nie mógł w to uwierzyć.
-Co ty masz na sobie?-Zamrugał intensywnie, wmawiając sobie, że dziewczyna która przed nim leży to nie kto inny jak sam Izaya Orichara we własnej osobie. To musi być on…
-Shizusiu musisz przyznać, że wyglądam obłędnie.-Podniósł się na nogi, pokręcił biodrami na boki i okręcił się wokół własnej osi. Nie było mowy o pomyłce. Ten głos na pewno należał do Izayi Orichary.
-Jesteś pojebany.-Wydusił Heiwajima i ruszył w swoją stronę, ale Izaya pobiegł za nim. Spódniczka falowała delikatnie na wietrze.
-Ej, a ty niby dokąd co?-Chwycił go za rękę z groźną miną.
-Rezygnuję. Nie ma mowy żebym zrobił coś takiego z tobą w tym czymś. Ściągaj to.-Warknął i zmarszczył gniewnie brwi na co Izaya wybuchnął śmiechem.
-No wesz co Shizu-chan, żeby mówić takie rzeczy przy wszystkich? Nie ładnie.- Zaciął się na chwilę i spojrzał mu w oczy z przebiegłym uśmiechem.
-Co więcej wydaje mi się, że nie masz wyboru. Dyrektor powiedział mi, że jeśli wygrasz anuluje twój dług względem szkoły.-Zatrzepotał rzęsami. Jego wypowiedz przyniosła oczekiwany skutek, mimo że Heiwajima ruszył dość niechętnie do pola startowego.
Kadota, który od jakiegoś czasu przyglądał się całej tej scenie, podszedł do Izayi.
-Nie słyszałem żeby dyrektor mówił coś takiego.
-Blefowałem-Przyznał się Izaya.-Ale to jak umorzysz jego dług to już nie mój problem~.
Ruszył w kierunku pola startowego, a Kadota ścisnął ołówek wściekły. Nigdy więcej nie zorganizuje żadnej imprezy szkolnej. NIGDY.
***
Konkursy rozpoczęły się na dobre. Shizuo i niejaka Kanra niszczyli wszystkich przeciwników. Nikt nie mógł się z nimi równać, mimo że kierowały nimi zupełnie różne cele. Kanra chciała pójść na kolację z Bestią, a Bestia nie chciała mieć długu w szkole. Tylko Kadota siedział gdzieś w kącie myśląc o śmierci, słuchając monologu Shinry o tym jak przeprowadzał by na nim sekcje zwłok. Nie. To nie mogło się wydarzyć.
Koniec końców nikogo nie zdziwiło kto wygrał, tym bardziej, że kilka osób trafiło do pielęgniarki z ranami ciętymi wykonanymi tajemniczym narzędziem w tajemniczych okolicznościach.
Cóż, przynajmniej szkoła stoi cała.
***
To był ulewny wieczór. Światło latarni odbijało się w mokrych chodnikach tworząc potoki tęczy wpływające do kanalizacji. Ludzie pośpiesznie chowali się do różnych sklepów oraz stacji metra byle by tylko nie zmoknąć.
Pod szarą ścianą rosyjskiego sushi stał chłopak w bluzie obszytej czarnym futerkiem i uparcie przeglądał Internet w telefonie ze znudzoną miną. Kolejne zaginięcia w Deisetsu. Jedne zwłoki zostały odnalezione w makabrycznym stanie.
Uśmiechnął się pod nosem na dźwięk kroków i schował telefon do kieszeni płynnym ruchem.
-Nie sądziłem, że naprawdę przyjdziesz.-Powiedział wyjątkowo poważnym i pozbawionym zwyczajowego rozbawienia głosem. Wpatrywał się w brązowe oczy towarzysza chcąc jakby rozwikłać trudną zagadkę.
-Przyszedłem na darmową wyżerkę, nie dlatego, że ty tu jesteś.
Izaya zaśmiał się.
-Oczywiście Shizusiu.- Na jego ustach znowu pojawił się uśmiech, a policzki lekko zaróżowiły od mrozu.- A ja mam czołg w piwnicy. I prędzej uwierzę, że Shinra rozkocha w sobie Cielty niż w to, że nie przyszedłeś tu z powodu mojej jakże skromnej i inteligentnej oraz błyskotliwej osoby.-Zaśmiał się, ale Shizuo tego nie skomentował. Znał pchłę już długo, i jego wiedza pozwoliła mu stwierdzić, że faktycznie może mieć gdzieś czołg. Było by to mniej dziwne niż jego zachowanie przez ostatnie dni.
Wszedł do środka i ściągnął płaszcz. Jego wzrok automatycznie powędrował do stolika dla dwojga z zapaloną świeczką, tląca się pomiędzy dwoma zestawami Sushi, o których usilnie próbował myśleć, żeby nie wybuchnąć.
Romantyczna kolacja z mendom… Zaczął żałować, ze tu przyszedł, ale jak na razie Izaya był zbyt spokojny. Nawet zachowywał się jak by był normalny…Jakby oboje byli.
Heiwajima przełknął gulę w gardle. Nie rozumiał czemu czuł się taki skrępowany, ale nie chciał dać Izayi kolejnego powodu do żartów i wyprowadzania jego osoby z równowagi.
Ile razy już tu byli?-Pomyślał patrząc na świeczkę i czując znajomy zapach ryby i odświeżacza powietrza.- Ile razy Simon przyprowadził nas tu półżywych?
-Niesamowite.-Z przemyśleń wyrwał go głos pchły, wpatrzonej w niego jak w obrazek.- ,,Tleniony Wilk” ma taki wyraz twarzy, że zaraz uwierzę, że potrafi myśleć…- Blondyn patrzył jak Izaya wsuwa do ust kawałek tuńczyka, jak jego blada twarz odbija światło świeczki i jakoś zapomniał się zdenerwować.
-A zamknij się mendo.- Warknął zabierając się za jedzenie, ignorując że stykając się kolanami. Izaya też tego nie komentował, co więcej nie drgnął nawet o centymetr i Shizuo znowu czuł, że stał się częścią jego planu.
Mimo to nie odmówił kiedy Orihara po skończonej kolacji zaproponował spacer. Panowała między nimi cisza, przerywana jedynie odgłosami silników samochodów które mijały park Ueno. Wiatr szumiał w koronach prawie już nagich drzew kiedy mijali kolejne alejki.
-Powiedz Shizu-chan, myślałeś kiedyś o tym czy ,,rzeczywistość”, którą widzisz jest prawdziwa? A może to jedynie wytwór wyobraźni? Czy w takim razie nasza nienawiść nie jest tylko iluzją? Może tak naprawdę to zupełnie inne uczucie, a jedynie nasza ,,rzeczywistość” każe nam myśleć w taki a nie inny sposób? Mozę to wszystko nie jest prawdą?- Wskoczył na murek i okręcił się na około lampy patrząc na wyższego chłopaka.-Chociaż ty nie myślisz o takich rzeczach.-Zaśmiał się, ale przestał gdy mocne dłonie chwyciły go w pasie i przyciągnęły do siebie.
-Zamknij ryj Izaya. Zdecydowanie za dużo gadasz.-Powiedział Heiwajima gdy ich twarze dzieliły zaledwie minimetry i niewiele myśląc o tym co się dzieje zmniejszył ten dystans do zera agresywnym pocałunkiem w którym oboje walczyli o dominacje, tak jak zawsze walczą ze sobą o życie.
***
-Wiesz co Cielty…-Zaczął Shinra opierając się o ramę wielkiego okna w które uparcie uderzał deszcz. Kobieta bez głowy obróciła się w jego stronę, ale młody chłopak nawet na nią nie spojrzał.
-Izaya mówi, że kocha wszystkich ludzi z wyjątkiem jednego, ale ja uważam, że jest dokładnie na odwrót.-Powiedział.
Dziewczyna wystukała szybko odpowiedź na swoim telefonie.
,,Dlaczego tak nagle zaczynasz ten temat?”
Shinra Kishtani uśmiechnął się.
-Bez powodu…

czwartek, 13 kwietnia 2017

Rainy Pill



 Hej! :)
Szkoła i obowiązki z nią związane zwaliły mi się na głowę, ale spokojnie... Razem z Aoihime nie mogłyśmy o was zapomnieć. Zgodnie stwierdziłyśmy, że na przerwę świąteczną fajnie będzie dodać nowy rozdział. Z przyjemnością czytam wasze komentarze i mam nadziej,ę że wy czerpiecie taką samą radość z odwiedzania naszego bloga co my z pisania. 
Myślę, że wiele zwrotów akcji oraz atmosfera jaka powoli tworzy się w tym opowiadaniu dają wam powód do przemyśleń. Chętnie poznamy więcej waszych teorii na temat tego co może się tutaj wydarzyć.
A tak w ogóle wiecie jakie to dziwne uczucie kiedy z dnia na dzień twoja klasa w technikum zmienia się na zupełnie damską... Życzcie mi tego żebym nie zwariowała. ;)
 
Miłej lektury!
Asiri
Witajcie!
Rozdział miał ukazać się 13 kwietnia i wyciskając z siebie pot i łzy ze zmęczonych i chyba podrażnionych oczu udało mi się dopiąć rozdział na ostatni guzik. Akcja mocno przyspiesza, ale to tylko w tym rozdziale, w końcu nie może być zbyt pięknie, haha! Szczerze mówiąc zmieniła bym kilka rzeczy w tym rozdziale, ale każda próba kończyła się fiaskiem więc po prostu będziemy bardziej pracować nad następnymi.
W jednym z komentarzy padło pytanie o wiek bohaterów więc zaraz rozwieję wasze wątpliwości: Drake i Ben są na pierwszym roku, Kers i Jack na drugim a Josh na czwartym.

No i na koniec chciała bym, wraz z Asiri, życzyć Wam miłej lektury oraz wesołych świąt (jeżeli je obchodzicie)!
Aoihime  


Rozdział 4



Drake przymknął oczy czując zimne dłonie, należące do jego, zdawało by się nemezis, na swojej szyi. To była bardzo ulotna i zaskakująca chwila pełna napięcia i niedomówień, tym bardziej, że sam Kers nigdy nie zbliżyłby się do kogoś jego pokroju… A mimo to siedział teraz za nim dotykając go w dość intymny sposób.
Ciemnooki postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Teraz miał okazję, to mogła być jego jedyna szansa. Odwrócił się w stronę blondyna i chwycił go za rękę bez choćby cienia wahania w oczach. Pierwszy raz od dawna był tak zdecydowany i pewny siebie. Można by powiedzieć, że bardziej niż blondyn patrzący na niego z miną wyrażającą tylko i wyłącznie zaskoczenie.
-Słuchaj Kers... Nic do ciebie nie mam.- Zaczął nie spuszczając z niego wzroku.- I dobrze by było gdybyś więcej nie zrzucał moich książek z ławki.- Drake mówił spokojnie z delikatną, niespotykaną dotąd w jego głosie nutą, trochę jakby anioł siedzący przed nim był dla niego kimś ważnym co przecież mijało się z prawdą. Jednak zdawało by się, że jego serce miało odmienne zdanie na ten temat niż jego jakby mogło się wydawać trzeźwy umysł. Waliło w jego klatkę piersiową jakby zaraz miało z niej wylecieć i poszybować gdzieś hen do przodu.
Przesunął wzrokiem po ciele Kersa i rozluźnił uścisk. Chłopak, który przed nim siedział wyglądał na bardzo kruchego, a jednak słowami potrafił wyrządzić więcej krzywdy niż ktokolwiek kogo Drake znał…
Jednak cały czar chwili minął niemal natychmiast bez jakiegoś konkretnego powodu. Blondyn prychnął, ignorując nagły przypływ gorąca i wstał z ławki mierząc chłopaka wzrokiem pełnym niepodważalnej wyższości. Chciał powiedzieć coś niemiłego, ale zdołał wydusić z siebie marne: ,,Zastanowię się" i ,,Mógłbyś zamknąć mordę Collins”. Wrócił na salę i już nie obejrzał się za siebie, zupełnie jakby cała sytuacja nigdy nie miała miejsca. W końcu mecz miał rozpocząć się już za cztery godziny i w głowie chłopaka nie było teraz miejsca na jakiegoś karalucha udającego kogoś ważnego, kim zdecydowanie nie był. Sięgnął po kolejną piłkę i zaserwował z wyskoku, ponownie uszkadzając ścianę. Na podłogę posypał się tynk.
Drake westchnął cicho słysząc trzask piłki odbijającej się od ściany. Nie wyszło to do końca tak jak zamierzał, więc po prostu wstał z ławki i wyszedł z sali bawiąc się nieśmiertelnikiem, który spoczywał spokojnie na jego szyi. Nie potrafił zapomnieć o dotyku delikatnych, smukłych palców na swojej skórze.
Skołowany szukał wzrokiem przyjaciela i niemal z przerażeniem stwierdził, że nigdzie go nie ma. Głośne bicie serca, które towarzyszyło mu już od tej dziwnej sytuacji w składziku nie chciało ucichnąć nawet na chwilę, przez co doprowadzenie się do porządku okazało się nie lada wyczynem i zajęło mu kilka minut, które zdawały się trwać wieczność. Zamrugał intensywnie odklejając się od ściany przy której stanął aby zaczerpnąć powietrza, wsunął ręce do kieszeni i już spokojnie poszedł w stronę klasy. Był już dużym chłopcem, musiał zacząć radzić sobie sam, nawet jeśli wcale tego nie chciał.

***

Ben czekał na przyjaciela w sali tupiąc nogą w zniecierpliwieniu. Nie wiedział co zajęło tyle czasu Drake’owi, ale miał bardzo złe przeczucia przez co jadł drożdżówkę z zatroskaną miną co sprawiało, że wyglądał odrobinę jak chomik, a kiedy ujrzał go w drzwiach niemal poderwał się z krzesła i podbiegł do niego z paniką w oczach.
-Co ty tam tyle robiłeś stary? Nie mów że się biliście... - Oglądał go przejęty samemu nie wiedząc dlaczego właściwie zachowuje się w taki sposób. W końcu gdyby się pobili Drake wszedł by tu bez głowy, tym bardziej, że wcześniej groził blondynkowi. W końcu odetchnął z ulgą rozbawiony. Nic złego nie mogło się stać, a przynajmniej takie miał wrażenie. W końcu Drake nie wyglądał ani na złego, ani zbyt przejętego. Z kolei Drake'a trochę bawiło to w jaki sposób jego przyjaciel go ogląda, ale dobrze to rozumiał. On też często martwił się o Bendixa. Przecież od zawsze byli przyjaciółmi, a teraz, w końcu mogli w spokoju porozmawiać, odetchnąć przed meczem.
-Szukaliśmy nieśmiertelnika i trochę gadaliśmy, ale w sumie bardziej to się na siebie gapiliśmy i takie tam.-Powiedział czując, że nie jest to zbyt poprawna składniowo wypowiedź.- Wiesz co... Chyba to będzie pierwszy mecz którego nie prześpię. - Zaśmiał się cicho i zabrał przyjacielowi drożdżówkę po czym ugryzł kawałek z uśmiechem.-Pycha~! A tak w ogóle Ben... Stresujesz się tym meczem? - Drake po zadaniu pytania zapatrzył w tablice bez wyrazu tak więc Bendix zaczął opowiadać.

***

Trybuny powoli zapełniały się ludźmi ubranymi w koszulki i szaliki w barwach dwóch klubów siatkarskich. Wszyscy w napięciu oczekiwali na rozpoczęcie rozgrywek; na ten magiczny moment kiedy zawodnicy wchodzą na boisko, oddechy przyspieszają, czas zwalnia a iskry wrogich spojrzeń unoszą się w powietrzu.
Josh stał na najwyższym piętrze i patrzył na boisko przygryzając słonecznik z zamyśloną miną. Martwił się o brata. Szczerze mówiąc od rana miał złe przeczucia, a teraz sięgnęły one zenitu. Miał wrażenie, że temperatura na sali spadła o kilkanaście stopni, a na szybach zaraz pojawi się szron.
,,Za dużo Supernatural." – Pomyślał z przekąsem i odszukał zmiętego papierosa w kieszeni. Rozejrzał się, jakby w ogóle obchodziło go zdanie innych, i zapalił, wzdychając ciężko. To będzie ciężki mecz. Czuł to całym sobą. Znał Kersa I znał kapitana drugiej drużyny. Żaden nie odpuści.

***

Drake wszedł na trybuny i ominął palącego Josha bez słowa. Zajął swoje miejsce i spokojnie spojrzał na boisko. Bardzo chciał zobaczyć jak jego przyjaciel gra i głównie dlatego nie chciał spać (i także dlatego w ogóle przyszedł). Po za tym Drake czuł się wyjątkowo dobrze i nabrał ochoty na mecz. Mimo że na hali było dość gorąco nikt się tym nie przejmował. Wszyscy w skupieniu czekali na wejście siatkarzy. Z trybun rozchodziły się krzyki kibiców i wiwaty. To był jeden z najważniejszych dni w życiu społeczności szkolnej. Drake zajadał batonika rozsiadając się wygodnie na plastikowym krzesełku. Próbował podzielać ich entuzjazm.

***

Zawodnicy wyszli na boisko i już po chwili zaczął się mecz. Żadna z drużyn nie dawała za wygraną, żadna nie miała znaczącej przewagi. Szli łeb w łeb, nawet nie rozważając porażki. Zawodnicy drużyny st. Johns Collegue dawali z siebie wszystko, a kiedy coś szło nie tak, Kers był w odpowiednim miejscu aby naprawić spapraną akcję, z miną mówiącą wszystko co myśli na temat niektórych osobników w drużynie. Wydawało by się, że jest zarówno machiną napędową, jak i sterem, wyznaczającym odpowiedni kierunek i tempo gry. Kibice niemal nie oddychali przez napięcie jakie wywierali na sobie nawzajem zawodnicy.
Po pierwszej przerwie drużyna Kersa prowadziła w setach 1:0, ale chłopak wiedział, że to jeszcze nie koniec. Na pierwszym treningu w tym roku powiedział chłopakom, że pod żadnym pozorem nie mogą poczuć się zwycięzcami przed końcem meczu. W ten sposób przyczynili by się do porażki, a tego by nie zniósł.
Upił łyk napoju izotoncznego, uważnie słuchając rad trenera, jednocześnie zerkając na kapitana przeciwnej drużyny. Coś mu nie pasowało... I to bardzo. Miał to dziwne przeczucie, które za nic nie chciało go opuścić.
Komentatorzy w radiowęźle oznajmili początek drugiego seta, zawodnicy powrócili na boisko, a w sali ponownie pojawiło napięcie .
Na początku szło nieźle, nawet bardzo... W zasadzie, aż do końca trzeciego seta nikt nie wiedział kto właściwie wygra i przejdzie dalej.
W końcu do serwów doszedł kapitan drużyny przeciwnej. Jego spojrzenie spotkało się ze spojrzeniem Kersa. Wyskoczył w powietrze i uderzył w piłkę – na pierwszy rzut oka piłka wyglądała nieszkodliwie, ale siła z jaką leciała, a także rotacja sprawiły, że był to pocisk niemal nie do przyjęcia.
Ale Kers odebrał.
Powietrze przeszył rozdzierający krzyk blondyna. Leżał na ziemi i trzymał się za nadgarstek, a z jego oczu leciały łzy, jednak nie pozwolił przerwać gry ani drużynie ani sędziemu. Dobrze wiedział, że był potrzebny na boisku.
Piłka spadła na boisku drużyny przeciwnej. Wszystko działo się tak szybko, że medycy nawet nie zdążyli zareagować. Kers wstał chwiejąc się na nogach, i poszedł na swoją pozycję. Zaserwował z wyskoku, zaciskając zęby i powieki, spod których nadal leciały łzy. Adrenalina krążyła mu w żyłach sprawiając że ból powoli stawał się znikomy.

***

Drake obserwował czujnie drużynę blondyna i samego chłopaka. Niepokoiła go  cała sytuacja. To co się stało wyglądało naprawdę źle, a ten mimo wszystko dalej grał. Nie potrafił tego nie zrozumieć, ale utwierdził się w przekonaniu, że Kers jest zupełnie inny na boisku niż normalnie, a dodatkowo zaczęło go ciekawić jaki Razentill jest prywatnie.
Zajadał słonecznik obserwując końcówkę już gry dwóch drużyn. Ben grał wspaniale, ale nie tak genialnie jak Kers. W zasadzie Razentill miał w sobie coś, przez co przyćmiewał wszystkich.
,,Bogaty dzieciak, któremu wszystko wychodzi... Bogatym to naprawdę w życiu łatwo... A może wcale tak nie jest? Może właśnie się mylę?” -Pomyślał.

***

Ostatni gwizdek oznajmił koniec meczu. Kers już nie wiedział co się dzieje na około. Adrenalina uszła z niego jak powietrze z przebitego balona i dopiero teraz poczuł ten okropny, przeszywający każdą tkankę jego ciała, ból. Opadł na parkiet wykończony i wpółprzytomny. Nadgarstek miał siny i spuchnięty, oczy czerwone od łez...
Ale wygrali.
I ta myśl osłodziła mu każde cierpienie i ból.
Wygrali i to było najważniejsze.

***

Josh przeskoczył przez barierki, zamortyzował upadek przewrotem i podbiegł do brata przerażony. Przyklęknął przy nim zmartwiony, nie wiedząc co robić. Owszem, może i często miał wyjebane, ale nie teraz.
-Kers? - Spytał niepewnie, a na trybunach i parkiecie zapadła cisza. - Cholera jasna, czy ty zawsze musisz być taki uparty?! - Krzyknął na młodszego brata wkurzony, na co ten uśmiechnął się przez łzy bólu.
-A odwal się. - Wydusił jeszcze zanim starszy Razentill podniósł go i zaniósł do przerażonej pielęgniarki.

***

Drake zszedł na parkiet dalej dłubiąc słonecznik. Starszy Razentill miał rację. Kers zawsze był uparty, ale dzięki temu sięgał najwyższych szczytów.
Drake wyszczerzył się radośnie i spojrzał na Bendixa. Niebieskooki nie zamierzał przejmować się Kersem nawet jeśli stan blondyna mógł być poważny.  Przecież mógł zejść z boiska, nikt mu tego nie bronił. No ale przecież był tak ,,cudowny” że nie mógł zostawić drużyny. Tak właśnie myślał Drake.
-Byłeś świetny Bendix. Miałeś rację, że Kers jest inny na boisku. Jest bardziej uparty. Jak osioł. -Niebieskooki zaśmiał się i spojrzał na przyjaciela. Tak na prawdę zdawał sobie sprawę jak bardzo Kers wkłada serce w treningi i w to aby wygrać każdy mecz. I w pewnym sensie nawet go za to podziwiał. Ben patrzył smutnym wzrokiem za rodzeństwem Razentill nie mogąc poskładać myśli do kupy i właściwie zdecydować się na jakieś konkretne zdanie na cały temat. Bendix spojrzał na przyjaciela i po chwili uśmiechnął się szeroko.
-Dzięki ale wiesz... Martwię się trochę o kapitana... Ten nadgarstek... Chyba jest złamany. Nie mógł zejść bo drużyna bez niego by sobie nie poradziła... Przewyższa nas umiejętnościami. Tylko, że teraz może wypaść z rozgrywek. - Westchnął i pokręcił głową. - W każdym razie cieszy mnie to, że oglądałeś nas do końca stary. - Powiedział upijając dużego łyka wody z bidonu.
Drake nie chciał się przyznać, że w jakiś sposób też martwił się o Kersa. Nie przed innymi i nie przed samym sobą. Nie wiedział czemu tak się czuje skoro z całego serca nie znosił tego bogatego paniczyka i życzył mu takiego stanu odkąd się poznali.
- Nooo... To wtedy trudno będzie wam wygrać... Myślę że za niedługo wróci na parkiet. Wiesz jaki on jest. - Drake westchnął nadal skubiąc słonecznik z udawaną miną totalnego wyjebania.

***

W gabinecie pielęgniarki sprawy nie miały się tak pięknie. Kers owszem dał położyć się na niewygodnym, szpitalnym łóżku, ale na tym zakończył współpracę.  Za nic w świecie nie chciał okazać słabości, a już na pewno nie przyznałby się do błędu jaki popełnił zostając na boisku. Wolał kulić się w śmierdzącej pościeli niż pokazać rękę kobiecie w białym kitlu. Można by to nazwać wrodzoną dumą Razentillów…
-Nic mi nie jest... - Wymruczał zirytowany, zdrową ręką poprawiając niesforny kosmyk włosów. Zupełnie nie zdawał sobie sprawy z konsekwencji swojej decyzji. - Możemy skończyć już tą szopkę? Na prawdę...
-Możesz się zamknąć Kers i łaskawie zacząć współpracować? Czy WASZA WYSOKOŚĆ nie rozumie, że zrobiła sobie kuku? - Warknął Josh, mrużąc wściekle oczy, z tym że młodszy brat nie pozostał mu dłużny. Zawarczał gardłowo i zmroził go spojrzeniem pełnym wyższości i irytacji. ,,O nie Josh." – pomyślał - ,,Nie dam ci się sprowokować takimi tekstami. Oj nie... Jeszcze ci w pięty pójdzie braciszku." - Pozornie pozostał spokojny, ale jego oczy zdradzały emocje kotłujące się w nim.
Podobno oczy są zwierciadłem duszy.
Zdołał wyszeptać marne ,,odwal się", zanim zalała go kolejna fala bólu i skulił się ponownie mamrocząc niewyraźną wiązkę przekleństw pod nosem.
-Kers, zrozum, że to dla twojego dobra. To jak się zachowujesz jest po prostu... Głupie. Tylko sobie szkodzisz. Do jasnej cholery albo zaczniesz współpracować albo ci w tym pomogę!
Młodszy blondyn prychnął tylko i niechętnie pokazał pielęgniarce rękę zanim jego starszy brat zdołał przejść do rękoczynów.
Pielęgniarka obejrzała dokładnie nadgarstek Kersa i opatrzyła go najdokładniej jak tylko mogła.
-Trzeba z tym iść do lekarza i to jak najszybciej. Podejrzewam złamanie i jeśli kość źle się zrośnie do końca życia mogą być powikłania, a wtedy nie ma nawet mowy żebyś wrócił do treningów siatkówki.
Kers patrzył beznamiętnie na bandaż. W końcu wstał z łóżka, zgarnął bluzę i ruszył do drzwi nie mówiąc nawet dziękuję. Czuł się paradoksalnie wyprany z emocji i wystraszony. Siatkówka była dla niego wszystkim…
Wyciągnął telefon z bluzy i zadzwonił do ojca nie mogąc pogodzić się ze stanem swojego zdrowia. Musi załatwić sobie wizytę u lekarza. Domową. Nie ma ochoty nigdzie jeździć. Nie dzisiaj. Jest wykończony, najchętniej zanurzył by się w ciepłej wodzie w swojej ulubionej wannie i odpoczął.
Ale nie mógł. Jeszcze nie. Najpierw musi ogarnąć siebie i swoją rękę, potem zajmie się przyjemnościami.
Ważne, że w końcu nadszedł weekend, miał czas na wypoczynek, na regenerację. Było dobrze, nawet jeśli było źle.

***

Pielęgniarka westchnęła cicho chowając resztę rzeczy do apteczki po czym spojrzała na starszego Rezentilla z nadzieją.
-Josh... Musisz jakoś przemówić mu do rozsądku. Jeśli on przeforsuje tę rękę to już nigdy nie odzyska w niej całkowitej sprawności. Rozumiesz prawda? - Dziewczyna była młoda i dopiero co skończyła studia, ale nie była głupia, mimo że nie miała zbyt dużego doświadczenia. Dobrze wiedziała, że Kers musi uważać. Inaczej już nigdy nie wróciłyby do gry.
Blondyn uśmiechnął się do dziewczyny i pocałował ją delikatnie, wplątując dłoń w jej włosy. Po chwili odsunął się i westchnął.
-Postaram się... Tylko, że on już dawno przestał się mnie słuchać. Przestał słuchać kogokolwiek. - Zwinął swoją kurtkę z oparcia i ruszył do drzwi posyłając dziewczynie ostatnie spojrzenie i szepcząc pożegnanie.
Brązowowłosa dziewczyna zerknęła na chłopaka zarumieniona.
-Zadbaj o niego. On cię potrzebuje Josh... -Kobieta patrzyła na Josha jeszcze przez chwilę po czym zaczęła wypełniać dokumentację.


***

Kers stał na dworze zirytowany, klnąc pod nosem na nieporadnego szofera. Zadba o to, żeby Gerard wrócił jak najszybciej, albo rozszarpie tego nowego idiotę na drobne kawałeczki.
Uśmiechnął się pod nosem. To wydawało mu się całkiem ciekawą perspektywą.
Potarł delikatne nadgarstek i syknął czując kolejną falę bólu.
-Dlaczego to wszytko musi spotykać akurat mnie? - Spojrzał w niebo szukając odpowiedzi, jednak jej nie otrzymał. Westchnął więc ciężko i oparł się o ścianę. Nie wziął rzeczy z szatni ale to nie był problem. Jego tresowane małpki podrzucą mu je do domu, a on uda że jest im wdzięczny. Jak zawsze.
-Razentill! Lubisz marznąć? - Drake patrzył na młodszego z Razentill’ów z delikatnym jakby kpiącym uśmieszkiem.
Nie... Nie przyniósł mu rzeczy które zostawił w szatni. Czemu miałby to robić? Może i Kers pomógł mu znaleźć nieśmiertelnik ale ten nie zamierzał się podlizywać. Tym bardziej, że obaj za sobą nie przepadali. A przyniesienie rzeczy tylko bardziej ośmieszyłoby chłopaka w oczach blondyna, w hierarchii którego stał niżej niż karaluchy.
-Poinstruowałem twoich goryli gdzie są twoje rzeczy. Jakoś nie byli zadowoleni. Chyba myślą, że coś z nimi zrobiłem. Głupki... - Drake westchnął drapiąc się w tył głowy. Ben brał jeszcze prysznic więc mógł trochę się poszwendać.
-Co z tą ręką? Drużyna nie jest zadowolona, że nie będzie cię panie Razentill.-Drake zaśmiał się cicho.
Blondyn obrzucił go chłodnym spojrzeniem.
-Kto dał ci prawo żeby się do mnie odzywać co? – Warknął, ale nie potrafił ukryć uśmiechu, który wpełznął na jego usta. Zmierzył chłopaka wzrokiem i wzruszył ramionami. To oczywiste że jego, jak to określił chłopak ,,goryle" dbają o jego interesy. Za to zastanawiało go od kiedy szanownego pana Collinsa obchodzi jego stan zdrowia.
-Ostrożności nigdy za wiele, Collins. - Powiedział oschle i chłodno czyli tak jak zawsze. - Ręka jest prawdopodobnie złamana, jeśli aż tak cię to interesuje. Miło że pytasz. - Dodał z przekąsem, jednak czuł się lepiej z tym, że ktokolwiek spytał go o samopoczucie. I to było widoczne gołym okiem. Nawet jeśli Kers pozostał chłodny, egoistyczny i zadufany w sobie to coś w jego postawie świadczyło o szczęściu i uldze jakie odczuwał.
-Prawo? Sam sobie dałem takie prawo. Jeśli będziesz tak wszystkich od siebie odsuwał to zostaniesz sam... Ech... Dbaj o tą rękę bo nie będziesz mógł grać tak jak ja... - chłopak zerknął w stronę szkoły.
-Oho... Twoi goryle idą. Spadam. Niezły mecz. - Drake mrugnął do Kersa i omijając uczniów ,,służących" Kersowi poszedł do szkoły. Zaszedł jeszcze do sklepiku po bułkę i poszedł poczekać na przyjaciela przed salą gimnastyczną. Kers wydawał się zupełnie inny kiedy z nim rozmawiał. Drake nie rozumiał tego, ale martwił się o niego. To dziwne uczucie go przeszywało..
Blondyn patrzył za Drakiem spokojnie nie mogąc do końca zebrać swoich myśli. Przymknął oczy i spojrzał na swoich ,,przyjaciół" z udawaną ulgą. Odegrał swoja szopkę - oni myśleli, że jest im wdzięczny i zostali docenieni - on miał spokój, przynajmniej na razie.

***

Bendix wyszedł z szatni. Właśnie zaczął odczuwać zmęczenie po meczu. Jęknął i niemal wpadł na przyjaciela. Podniósł na niego zmęczony wzrok i uśmiechnął się delikatnie.
-Padam na ryj - Jęknął.
-Widzę. Tylko dlaczego na mój ryj? - Drake zaśmiał się cicho i podtrzymał przyjaciela. -Kupiłem ci sok i w między czasie... Gadałem z Kersem. Ci jego goryle są okropni. -Drake westchnął głośno przypominając sobie nieprzyjemne spotkanie z ,,przyjaciółmi ". Razentill nawet nie wydawał się taki zły... Tylko że Drake nadal nie myślał o nim zbyt dobrze.
-Ugh... Stary pomóż mi dojść do chaty. Czuję, że nogi mi zaraz odpadną, a mózg wypłynie uszami. – Jęknął Ben sięgając po sok, który przyjaciel trzymał w ręce. Otworzył butelkę i wypił połowę jej zawartości.
Potrzebował chwili aby przyswoić sobie słowa przyjaciela.
-Czyli co...Miałeś jakieś bliskie spotkanie z Tumbrl Boy'ami? -Zaśmiał się cicho i pokręcił głową. - Niby oni są jakby z innej planety, a mimo to tacy popularni. Na tyle, że sam swego czasu chciałem do nich dołączyć. Nic ci nie zrobili?
-Ty i Tumbrl Boy? - Drake w jednej chwili wybuchnął śmiechem prawie płacząc.
-Nie...  Nic mi nie zrobili. Oprócz patrzenia się z góry. Śmiesznie to wyglądało zważywszy na to że jestem od nich większy o połowę głowy. A pilnowali ciuchów Kersa jak swojego dziecka. Oni może i są popularni, ale przed wszystkim niezły z nich ubaw. Tylko lepiej nie śmiać im się w twarz bo zawołają blondwłosego diabła tasmańskiego. - zaśmiał się cicho klepiąc przyjaciela po ramieniu.
-Dobrze wiedzą, że bez Kersa są niczym. Tak to już z nimi jest. Nie widziałeś jeszcze jak rano biegną mu po kawę do Starbuksa... - Uśmiechnął się szeroko. -Chociaż wiesz... To jednak elita tej szkoły. My tego nie zrozumiemy.
Ruszyli chodnikiem, nadal żywo rozmawiając.
Mecz się skończył, emocje powoli opadały, a przede wszystkim zbliżał się weekend. Czas odpoczynku i dobrej zabawy. Czas w którym nie myśli się o problemach...

***

Kers zgarbił się nieco w wiszącym fotelu w swoim pokoju. Cisza jaka panowała w domu po wyjściu lekarza była nie do zniesienia. Blondyn patrzył na stabilizator założony na nadgarstek z mieszaniną ulgi i zdenerwowania. Nadgarstek na szczęście nie był złamany, ale jak się okazało kość pękła, przez co zmuszony został do rezygnacji z dalszej gry przynajmniej na sześć tygodni.
,,Do jasnej cholery..." - Spojrzał przez okno smutny. Najbardziej denerwowała go myśl, że nie mógł nic z tym zrobić...
Do pokoju Razentilla wszedł jego straszy brat, Josh. Chłopak zmierzył go wzrokiem i westchnął cicho.
-Słuchaj Kers. Powinieneś uważać, a ty jak zwykle zrobiłeś po swojemu. I tak byście wygrali ten mecz. Następnym razem po prostu nie odbieraj takich piłek.
Kers spojrzał na brata śmiejąc się pod nosem, śmiechem który w cale nie był wesoły. Śmiechem przepełnionym smutkiem.
-Nie mów, że cię to cokolwiek obchodzi Josh... Nie udawaj. Dobrze wiem jak jest na prawdę... Nic cię nigdy nie obchodzi... Ani ciebie, ani ojca... Gdyby mama żyła wszystko było by inaczej. - Mruknął garbiąc się jeszcze bardziej. Czuł się samotny... Porzucony i niechciany. Mimo to starał się robić wszystko z podniesioną głową, patrzyć na wszystkich z góry, aby zaspokoić swoje ego. Taki już był. Wiele rzeczy go zmieniło.
Josh podszedł do brata i przykucnął przy nim.
-Ale mamy tu nie ma. A ja nie udaje, ale ty i tak przecież się mnie nie słuchasz. Nikogo się już nie słuchasz...  Nie wiem czemu taki jesteś, ale chociaż dbaj o tę rękę. - Starszy Razentill poczochrał brata po włosach i już bez słowa wyszedł z pokoju. Josh nie miał interesu w tym żeby kpić sobie z Kersa. Naprawdę się o niego martwił w końcu to był jego młodszy braciszek. I zawsze nim będzie, tego nie da się zmienić. Kiedy mama zmarła Josh wiedział, że teraz on musi się zająć Kersem.
Tyle, że Kers się zmienił... Nikogo nie słuchał i nie chciał żadnej pomocy.
Kers wyjrzał przez okno smutny. Czuł się okropnie rozdarty, ale nie zamierzał porzucić swojego misternie obmyślonego image’u. Zacisnął więc ręce w pięści i nic nie powiedział. Prawda była taka, że nadal obwiniał się za śmierć matki, a do tego doszły wydarzenia z gimnazjum...
Miał traumę, ale nie chciał z nikim rozmawiać. Taki już był. Wszystko w sobie dusił.
Przymknął oczy i odetchnął świeżym powietrzem.
-Gdybyś tylko wiedział Josh...


***

-Bendix.. Co powiesz jutro na imprezę? Bo dzisiaj to już nie masz siły nie?- Drake uśmiechnął się przeciągając się. Chciał się jakoś wyluzować... Ale nie chciał iść sam. Wiedział że Ben jest zmęczony i nie ma szans na żadne wspólne wyjście. Przynajmniej nie dzisiaj.
-Może cię odprowadzę, co? Jeszcze wpadniesz na tych swoich nowych nemezis.
Ben przytaknął skinieniem głowy.
Drake odprowadził go do domu i sam wrócił do swojego.
-Cześć mamo... Co na obiad? Jakoś zgłodniałem... -Chłopak ściągnął kurtkę i buty, po czym usiadł przy stole zmęczony. Miał ochotę sięgnąć po woreczek wypełniony białym proszkiem, który chował w pokoju, ale nie chciał ponownie zawieść mamy. -Mogę iść jutro na imprezę? Z Benem...-Spytał niepewnie.
Kobieta spojrzała na syna zmartwiona jednak skinęła głową.
- Dobrze ale bez narkotyków.- Poprosiła. Jej syn wyglądał na złego i na pewno nie da rady przetrwać bez narkotyków do rana. Czuła to w kościach
-Okej...-Mruknął niemrawo- W szkole był mecz wiesz?- Patrzył w przestrzeń czując nagle czując się wyjątkowo źle. Musiał wziąć narkotyki inaczej naprawdę by umarł. A tak przynajmniej mu się wydawało.
Tyle, że najpierw musiał uśpić czujność mamy.
-Dlatego tak późno wróciłeś?- spytała zdziwiona. Myślała, że jej syn już dawno stracił zainteresowanie jakimkolwiek sportem w każdej formie.-Mógłbyś dołączyć do drużyny- uśmiechnęła się.
-Odprowadzałem jeszcze Bena bo był wykończony po meczu. Wiesz... On mówił to samo. To trochę zabawne... - chłopak spojrzał na matkę i westchnął cicho.-Gdybym do nich dołączył osłabił bym drużynę... Nie mam już siły na granie. Położę się.- Zrezygnował z posiłku i poszedł do siebie.

***

Następny dzień nie przyniósł niczego nadzwyczajnego, a przynajmniej tak mogło by się wydawać. Sobota pozostała szara, bez odcieni czerni czy bieli – po prostu szara i nieciekawa. A przynajmniej tak odbierał ją Kers.
Było tak aż do tej pory, do tego jednego momentu, w którym rzeka barw zalała ten nudny dzień.
Wszystko to przez miejsce w którym się znalazł. Nie było ono niezwykłe, ani szczególnie piękne - ot, zwyczajny, brudny pokój siedemnastolatka. Rozwalona pościel na łóżku, śmieci walające się po podłodze, granatowe zasłony falujące na wieczornym wietrze... Powiedzmy szczerze, że nie robiły na nim nadzwyczajnego wrażenia.
Kers miał ochotę się roześmiać, kiedy miętosił w ręce woreczek z białym proszkiem, jednakże nie miał to być wesoły śmiech. Raczej pełen żalu i współczucia. Wiedział, że posunął się za daleko włamując się do domu chłopaka, ale ciekawość - Ta, która męczyła go już od kilku miesięcy - nie dawała mu spocząć aż do teraz. Do tego jednego, jedynego momentu, w którym wszystko złożyło mu się w logiczną całość.
,,Więc to tak... To dlatego Hannington się do niego przyczepił. Zamierza go szantażować? Cóż za nieciekawy akt desperacji, doprawdy Jack. Niżej upaść nie mogłeś." - Pomyślał chłopak, nie wiedząc jeszcze, że tym samym wyprzedził bruneta o krok, a jak wiadomo nieświadomość potrafi skończyć się bardzo źle.
W pokoju panowała ciemność, gdy na korytarzu dało się usłyszeć ciche skrzypienie drewnianej podłogi i dźwięczenie kluczy.
Kers spokojnie usiadł na biurku i czekał, aż drzwi się otworzą.
Drake wszedł do domu razem z siatką na zakupy i położył ją na blacie w kuchni wzdychając cicho. Był dziwnie zmęczony i nie wiedział dlaczego, ale miał już tak od jakiegoś czasu. Otworzył puszkę stojącą na stole z cichym sykiem i upił łyk. Westchnął znowu. Musiał szykować się na imprezę, ale jakoś nagle nie miał na nią ochoty. Chyba zrezygnuje i zadzwoni do Bena żeby wszystko odwołać. Było mu trochę głupio bo sam zaproponował wyjście ale jeśli miało to tak wyglądać...
 Chłopak rozpakował zakupy i wszedł do swojego pokoju.
Kers siedział w ciszy na biurku, wiedząc, że trochę minie zanim chłopak go zauważy. Miał ochotę się śmiać, ale to nie był czas ani miejsce i dobrze o tym wiedział. Na początku chciał wykorzystać mały sekret Drake'a przeciwko niemu, ale cząstka starego Kersa, tego który skryty był w najgłębszym i najczarniejszym kącie umysłu chłopaka nie pozwoliła mu na to. Tak po prostu. W innych okolicznościach nawet by się nie wahał, ale im dłużej o tym myślał, im dłużej to rozważał... Nie potrafił wykorzystać tego przeciwko Collinsowi.
,,Powinienem czuć satysfakcję... Czemu w takim razie jest mi tak przykro? Czemu chcę mu pomóc? To niedorzeczne." - Westchnął niemal bezgłośnie.
Drake odłożył torbę i dopiero po chwili dojrzał Kersa siedzącego na jego biurku. W pierwszym odruchu chciał wyrzucić chłopaka, ale zauważył woreczek w jego dłoni i zaczął się nienaturalnie trząść. Ze strachu...Czuł, że jego świat się wali. Nigdy nie chciał żeby Kers się o TYM dowiedziała... On teraz... Mógł zrobić wszystko.
-Co tu robisz?-Spytał.
-Chyba nie jesteś ślepy Collins. Siedzę, jak widać. - Powiedział z lekkim uśmiechem. Właśnie takiej reakcji się spodziewał... A mimo to nadal nie odczuwał satysfakcji.
Zirytowany fuknął i rzucił w niego woreczkiem pełnym białego proszku. Przez to stracił pewność siebie ale nie chciał żeby chłopak to zauważył.
Drake podniósł woreczek drżącymi dłońmi.
-Włamałeś się i grzebałeś w moich rzeczach. -Nawet nie było mowy o tym, żeby donieść o tym na policję. To by było jak skazanie się na wieczne męki. Drake nie wiedział właściwie co się dzieje. Po co Kers tu przyszedł? Żeby go męczyć? To było tak niedorzeczne...
-Taaaakkk... Zdecydowanie powinieneś wymienić część garderoby. W życiu nie wyszedł bym w czymś takim na miasto. - Powiedział przeciągając się jak kot.
-Teraz przynajmniej wiem czemu Jack przy tobie węszy. Rzadko to mówię, ale wjebałeś się w niezłe bagno Collins. Prawie mi cię szkoda. - Uśmiechnął się wrednie ale... sztucznie.
-To chyba nie twoja sprawa co robię. Naprawdę koszmarnie się zachowujesz... Nie chcę cię takiego pamiętać. - Drake schował narkotyki do kieszeni i spojrzał zły na Kersa.-Moi starzy nie mają forsy tak jak twoi i nie stać ich na drogie ciuchy więc się odwal od mojej szafy... Po za tym ty nic nie wiesz... Nie wiesz jak to jest kiedy jesteś na głodzie.
-,,Nie chcesz mnie takiego pamiętać?”- To pytanie zawisło w ciszy jaka nagle zapanowała. Blondyn parsknął tylko i spojrzał mu głęboko w oczy.-Zupełnie nie jesteś zabawny Drake. Szkoda. Żadnego z ciebie pożytku. -Westchnął.-Lepiej zrób ze sobą porządek. Szkoda mi patrzeć jak Hannington tobą manipuluje.
-To nie twój interes. Więc się nie wtrącaj z łaski swojej. Ja nie mieszam się w twoje sprawy... Daj mi spokój. - Drake westchnął wpatrując się w Kersa.-Nie chce żeby inni gadali o tym co tu widziałeś..
Kers zmierzył go wzrokiem pełnym współczucia ale postanowił nadal odgrywać ten teatrzyk. Zeskoczył więc z blatu i ruszył do drzwi.
-Jak mówiłem mało zabawny. Nie daj się Hanningtonowi Collins. I jak najszybciej idź do lekarza. Taka drobna rada. - Chłopak zniknął w korytarzu.
Drake mruknął pod nosem wiązkę przekleństw i schował narkotyki głęboko w szufladzie. Minął wściekły drugiego chłopaka.
-Brałeś kiedyś? Nie... Więc nie masz prawa wypowiadać się na ten temat. Idź już. - chłopak otworzył Kersowi drzwi wejściowe marszcząc brwi zły. Był wściekły...
Chłopak westchnął i obrócił się w jego stronę mierząc go lodowatym spojrzeniem.
-Chcesz znać prawdę Collins? - zawarczał gardłowo, a jego twarz pociemniała. - Nie brałem, ale nie przyszedłem tutaj żeby
[W1]  rozpowiadać całej szkole o twoich problemach. Nie rób ze mnie potwora. To, że lubię się z ciebie ponabijać nie znaczy że nie mam uczuć Okej?! - odsunął się i wziął głęboki wdech żeby opanować zdenerwowanie. -Chciałem sprawdzić czemu Jack tobą manipuluje. Siedzicie w tym bagnie oboje a ja tylko chcę ci pomóc. Taki kaprys.- Powiedział chłodnym głosem. -Zacząłem Cię lubić, wiesz jak to mówią: wróg mojego wroga jest moim przyjacielem... Chociaż widzę, że ty mnie zupełnie nie pamiętasz. Przyznam że zajęło mi trochę odkrycie czemu twój ryj tak mnie irytuje...
-Niby dlaczego miałbym cię pamiętać co?! Idź już stad. Nie chcę słuchać tego co mówisz. I jakoś nie wierzę w te twoje dobre chęci. Jeśli kogoś lubisz to się z niego nie nabijasz. Zawsze patrzysz tylko na siebie bo tobie tak jest wygodniej. Więc nie będziesz mnie pouczał. - Drake patrzył wściekły na Kersa. Był zdezorientowany i chciał już zostać sam.
-Właśnie...dlaczego... - Wyszeptał przymykając oczy. W gimnazjum był bardziej niż przeciętny, nie miał żadnych przyjaciół poza Jackiem i... a potem jeszcze TO się stało i bez wahania zmienił szkole na prywatną. Niby czemu Collins miał pamiętać takiego szarego, nie wyróżniającego się niczym chłopaka? Chłopaka któremu zniszczono życie.
Dlatego Kers doszedł do wniosku, że w tym świecie przetrwają tylko egoiści, nastawieni na własny sukces. I jak do tej pory to się sprawdzało.
-Nie musisz w nie wierzyć Collins. Nie zależy mi na tym. Nie zależy mi na tobie. Kurwa w ogóle po jaką cholerę j tu przyszedłem?! - Warknął zaciskając pięści. -Może, kurwa, dlatego, że szkoda mi patrzeć jak liżesz Jackowi dupę? Nie rozumiesz, że tańczysz jak ci zagra? Omotał Cię, owinął na około własnego palca. Chcesz trzymać jego stronę? Proszę bardzo. Pociągnę Cię na dno razem z nim. -W jego oczach szkliły się łzy żalu i rozpaczy. Nie potrafił przyznać się do oczywistej rzeczy.-Tylko ty mówisz do mnie w taki sposób Collins. Kto dał Ci takie prawo?! Przez Ciebie... Przez to wszystko ja... - chwycił się za głowę. Poprzedniego dnia miał wiele czasu na rozmyślania. To co działo się w tym tygodniu... Wszystko sprowadziło się do tego momentu. -A jeb się. - Warknął i wyszedł z mieszkania za cholerę nie chcąc się przyznać ze polubił Collinsa. Właśnie za takie odzywki kierowane w jego stronę, za rozrywkę jakiej mu dostarczał i za rywalizację jaką zrodziła się między nimi. Uśmiechnął się pod nosem, obrócił na piecie i pokazał chłopakowi środkowy pałac.
-Czekam aż obijesz mi buźkę Collins. Chyba za pękasz!
-Zamknij mordę wyszczekany dzieciaku. I to nie ja liże innym dupę tylko ty. Ty zawsze chcesz być w centrum wydarzeń. Kiedyś to się skończy. Życzę ci żebyś upadł na samo dno i nigdy się nie podniósł i żeby wszyscy cię zostawili! - Drake zamknął drzwi zły.
Kers zaśmiał się, ale poczuł jak łzy spływają mu po policzkach. Obrócił się więc, wsunął dłonie do kieszeni i ruszył w swoją stronę przygnębiony. Czuł, że już nigdy nic nie będzie takie samo. Miał tylko nadzieję że Drake sobie przypomni... Że przypomni sobie jak mu pomógł.

***

Drake zacisnął dłonie w pięści i zamknął oczy wściekły. Chłopak nie rozumiał co się dzieje i czemu miałby sobie coś przypominać... I to coś, co dotyczyło Kersa. Nie znosił go i nie wyobrażał sobie że, kiedykolwiek mógłby polubić tego palanta...
Westchnął głośno wkurzony i usiadł przy stole. Miał wrażenie, że coś złego się z nim dzieje i to bynajmniej nie przez narkotyki. Teraz dopiero mógł wpaść w tarapaty... Przecież nie mógł do końca uciekać Kersowi. Z resztą blondyn włamał się do jego domu bo miał w tym jakiś cel, prawda?
Siedział tak wpatrzony w stół i skubał słonecznik. Usilnie próbował przypomnieć sobie fakt z przeszłości, który mógł być związany z Kersem. I nagle go olśniło. Kojarzył młodszego Rezentilla... I nie było między nimi kiedyś tak źle.
-Ech... - chłopak nie wiedział co myśleć, ale jedno wiedział na pewno. Nie ma zamiaru wybierać się w poniedziałek do szkoły. Nie chciał spotkać Kersa, a zwłaszcza Hanningtona, który nie zamierzał odpuszczać dopóki nie otrzyma odpowiedzi.
A Drake nie zamierzał odpowiadać. Przynajmniej do czasu kiedy Kers go zdenerwuje.
Niebo już poszarzało a na dworze zrobiło się zimno.
-Zdecydowanie okropny dzień.

***

Kers usiadł na ławce w parku otoczony drzewami i martwą ciszą, zupełnie jakby całe miasto nagle wymarło, jakby został tu sam.
Przymknął oczy i rzucił kamieniem w drzewo wyrzucając z siebie strzępki złych emocji. Zaklął siarczyście pod nosem i odetchnął głęboko.
-Przecież się w nim nie zakochałem prawda? Przecież to śmieszne. Jak mógłbym zadurzyć się w takim tępym idiocie, pomijając już fakt że to facet. To nie możliwe. Jestem po prostu chory. - Wymamrotał ukrywając twarz w dłoniach.
Spojrzał w ciemne wieczorne niebo poprzecinane czerwonymi wstęgami chmur. Przepiękny widok, który jednak nie zrobił na nim wrażenia. Godzinami mógł wpatrywać się w niebo, nigdy jednak nie odczuwał jego ogromu ani nie rozkoszował się pięknem. Niebo było zdradliwe, pełne fałszu.
Pokręcił głową i odetchnął pełna piersią chłodnym powietrzem. Jesień zaskakiwała symfonią barw. Zawsze uwielbiał tę porę roku, a mimo to nie potrafił rozkoszować się jej głównym pięknem.
Westchnął ciężko strącając złoty liść klonu ze swojego ramienia. Źle się stało. Jego rozmowa z Collinsem okazała się być całkowitą porażka tylko przez to, że nie potrafił schować własnej dumy do kieszeni.
Prychnął i poprawił grzywkę pewnym ruchem. Jeszcze nic straconego, jeszcze mógł to odkręcić... Albo chociaż spróbować. Wystarczy ze schowa dumę do kieszeni, przeprosi i...
,,Nie ma mowy" - przemknęło mu przez myśl. Był rozżalony i zdesperowany, ale nie do tego stopnia. Teraz najważniejsze było pozostanie spokojnym i opanowanym. Musiał działać rozważnie i spokojnie. Musiał myśleć i analizować.
Tyle rzeczy, tyle zagadek, a tak mało czasu. Pozostawało jedynie mieć nadzieję że Hannington nie był tak cwany żeby pójść za jego przykładem i sprawdzić w dzienniku adres chłopaka. To kupowało Kersowi czas. Przynajmniej do poniedziałku. Niby jeden dzień, a jednak pozwoli mu to zebrać myśli i ułożyć jakoś sensowny plan.
Tylko że wyjątkowo nie miał weny, w głowie ziała mu wielka, przejmująca pustka, której nie był w stanie się pozbyć. 
,,Do diabła z tym. Czas wrócić do domu. Jackiem i Drakiem zajmę się w poniedziałek. Teraz przynajmniej mam pewność, że Collins o niczym nie wie. " - Blondyn wstał z ławki. Wsunął dłonie do kieszeni ulubionych jeansów i ruszył w stronę domu brudnym od błota i zgniłych liści chodnikiem, w grobowej ciszy jaka nieprzerwanie panowała w parku.

***

Jack Hannington stał na balkonie swojej posiadłości, opierając się o balustradę i podziwiając widok jaki rozciąga się pod nim. Ogród wykonany został na wzór francuskiego renesansu, wypielęgnowane grządki układały się w wymyślne spiralne barwy a białe rzeźby nadawały temu miejscu dziwnego uroku. Słońce zachodziły czerwienią na tle labiryntu w całości wykonanego z żywopłotu. Jack często bawił się tam jako dziecko - teraz te wspomnienia wdarły się do jego głowy sprawiając że na ustach zagościł uśmiech.
Miał plan. Może nie górnolotny jak te Kersa, ale nadal mógł stworzyć podwaliny czegoś, co pozwoliło by mu na stworzenie nowej, lepszej szkolnej hierarchii. A potem przejdzie do czegoś większego. Przejmie rynek, kierowany przez ojca Razentill’ów i dorobi się własnego majątku.
Uśmiechnął się do tych myśli i wyciągnął z kieszeni telefon. Przez chwilę wahał się, ale nie mógł już dłużej czekać. Czas na jego ruch. W końcu Kers nie będzie czekał. Zaśmiał się pogodnie i pokręcił głową.
,,Jeszcze nie... Jeszcze za wcześnie. Lepiej żebym złożył tę propozycję osobiście."

***

Drake nadal siedział podłamany w kuchni. Czuł się fatalnie i czekał aż jego matka wróci do domu. Chciał z kimś porozmawiać...
Bena nie chciał zadręczać swoimi problemami w końcu mógł spokojniej porozmawiać z Kersem i może coś by to zmieniło… Ale zbyt się zdenerwował. Te groźby o zniszczeniu blondyna… Nie brał ich do tej pory poważnie, ale teraz Wszystko wyglądało inaczej.

***

Bendix leżał na łóżku wpatrując się w nieskazitelnie biały sufit swojego pokoju. Na podłodze walały się pootwierane książki oraz strzępki notatek, zapisanych w pośpiechu. Z wieży wydobywały się subtelne dźwięki ,,Nothing Else Matters" w mistrzowskim wykonaniu Metallic’ki.
Chłopak przymknął oczy zaledwie na ułamek sekundy czując, że coś jest zdrowo nie tak. Od dziecka posiadał jakiś dziwny szósty zmysł, który ostrzegał go przed niebezpieczeństwami czyhającymi na jego przyjaciół jaki i jego samego.
Choć najczęściej ignorował takie uczucia chwycił telefon w swoje zimne dłonie i wykręcił numer przyjaciela. Chciał tylko luźno porozmawiać, ale zrezygnował kiedy odpowiedział mu dźwięczny głos automatycznej sekretarki.
-Naoglądałem się za dużo Zaklinaczki Duchów... - Mruknął sam do siebie próbując w jakiś sposób uspokoić zszargane nerwy. - Dlaczego mój przyjaciel to taki idiota? - Westchnął opadając z powrotem na poduszki. Nie podobało mu się, że jego najwierniejszy kompan nagle zamknął się w sobie, że chciał zostać sam ze swoimi problemami. Wszystkie te wydarzenia mogły go przytłoczyć, a Ben doskonale wiedział jak to się może skończyć.
Bardzo nie chciał odwiedzać swojego przyjaciela na cmentarzu.

***

Drake patrzył w stół przytłoczony wszechogarniającą go ciszą. Nie czuł się dobrze, ale starczyło mu siły na to żeby położyć się u siebie w łóżku. Wiatr delikatnie porwał w taniec białe firanki. Nagle zrobiło się strasznie chłodno a niebo zaszło ciemnymi chmurami. Drakeowi pociemniało przed oczami... Chłopak nasłuchiwał kroków swojej matki. Chciał z nią porozmawiać...
Martwiła go ta sytuacja z Kersem. Skoro nie chciał rozpowiadać w szkole o jego problemach to po co w ogóle tu przychodził..?
W momencie kiedy drzwi od mieszkania otworzyły się, a na dworze zagrzmiało Drake stracił przytomność…



 [W1]