wtorek, 29 sierpnia 2017

Rainy Pill



Witajcie!

Dużo się działo w ostatnim czasie (miedzy innymi zaczęłyśmy nowy projekt) i sama nie wiem od czego zacząć…Więc po kolei: Rozdział miał być już jakiś czas temu jednak plik za pomocą jakiejś niezwykłej siły postanowił się usunąć i wszystko musiałam zacząć od nowa (akurat przypadała moja kolej na edycję) przez co zabrakło mi motywacji i nie miałam ochoty nawet patrzeć na laptopa, jednak jakoś dobrnęłam!

Co do poprawek ujednoliciłyśmy nazwę szkoły, i wiek bohaterów więc pozwolę sobie teraz wszystko uporządkować:

Drake i Ben: 1 rok

Kers i Jack: 2 rok

Josh: 4 rok

Mam nadzieję, że teraz wszystko już jest jasne 😉.

Co do samego rozdziału…Mam mieszane uczucia. Czułam dziwną irytację na kilka postaci podczas edycji ale może to tylko ja…

W każdym razie dziękuję za wasze wsparcie, życzę miłej lektury i początku roku szkolnego!
Aoihime
Hejo!

Witam was ze smutkiem... Niestety kończą się wakacje, a co za tym idzie zaczyna się szkoła. I jak wiadomo pewnie znowu będzie dużo obowiązków, ale my nie mamy zamiaru (znowu) się rozleniwiać! Razem z Aohime mamy dla was długo oczekiwany nowy rozdział Rainy Pill. ;) Mam nadzieję, że i tym razem rozdział będzie dla was równie emocjonujący co poprzednie. Bardzo budujące są też wasze komentarze więc oby było ich więcej! :D

Życzę miłej lektury!

Asiri

Ps: W trakcie zerknijcie na tę stronę (Symbolika kwiatów ) ^^

Rozdział 5



Poniedziałek powitał wszystkich piękną, jesienną pogodą. Po błękitnym niebie leniwie sunęły kłębki białych chmur, przez które przebijały się ciepłe promienie słońca. Lekki wiatr szumiał w kolorowych koronach drzew i wydawało by się, że to dzień bezapelacyjnie idealny.
A jednak nie dla wszystkich.
Jack szedł szarym chodnikiem w stronę szpitala, w którym leżał Collins, z rękami w kieszeniach, słuchawkami na uszach i z ponurą miną zastanawiając się co powiedzieć chłopakowi. Wiedział, że Kers również zamierza porozmawiać z Drake'iem i prędzej czy później to zrobi, z możliwie lepszym skutkiem, ale kto mógł przewidzieć czy rzeczywiście tak będzie? Jeśli Hannington miał szansę to zamierzał ją wykorzystać i to właśnie teraz.
Pchnął szklane drzwi i spytał pielęgniarki w informacji gdzie leży jego ,, kolega". Windą wjechał na trzecie piętro i znalazł odpowiedni pokój.
Drake leżał na niewygodnym szpitalnym łóżku, przykryty mdłą niebieską pościelą i nie wyglądał najlepiej. Ale kto leżący w szpitalu wygląda czy czuje się dobrze?
Badawcze spojrzenie oczu koloru indygo zatrzymało się na Jacku wypowiadając nieme ,,błagam, nie...". Chłopak uniósł się na łokciach ostatkiem sił i zakaszlał.
-Promieniejesz Collins. -Grymas, który wykrzywił usta Jack’a miał być uprzejmym uśmiechem jednak minął się z celem o jakiś kilometr.
Drake kaszlał co chwilę, zdecydowanie nie czuł się najlepiej i nie miał ochoty na jakiekolwiek rozmowy, a już zwłaszcza na oglądanie ryja Hannington’a czy Rezentill’a. Chciał tylko odpocząć i pomyśleć w spokoju, ale nie było mu to dane.
-Czego tu szukasz Jack?- Chłopak westchnął. Jego matka czuwała przy nim całą noc, a on bardzo ją zmartwił i z tym też nie czuł się najlepiej. Nakrył się więc kołdrą po samą szyję czując przeszywający chłód, który wziął się jakby znikąd.
Jack wzruszył ramionami nadal nie pokazując swoich prawdziwych intencji. Nie chciał wyjść na natręta. Przysunął więc biały stołek bliżej łóżka i usiadł na nim z zatroskanym wyrazem twarzy.
-Przyszedłem cię odwiedzić Drake. To chyba oczywiste. Powiedz jak się czujesz.- Przysunął się bliżej z lekkim uśmiechem przyklejonym do ust. Miał co prawda pewną propozycję jednakże wolał wybadać grunt na którym stoi, sprawdzić jak daleko zaszły sprawy i czy nadal ma szansę na współpracę z chłopakiem. Jeśli nie...cóż, zawsze pozostawał szantaż.
-Odwiedzić mnie?- Drake prychnął jak dziki kot.- Z tego co wiem nie jesteśmy aż tak dobrymi kumplami żebyś teraz przeze mnie nie szedł do szkoły. Jeśli tak cię obchodzę to czuje się fatalnie.- Chłopak patrzył podejrzliwie na Jack’a nie rozumiejąc do końca jego intencji. Myślał, że chociaż w szpitalu będzie miał spokój od niego i Kers’a ale tak się nie stało. Oni obaj mogli przyjść do niego tylko w jednej sprawie. Drake nie był taki głupi... Wiedział że jest pionkiem w tej grze. Problem był jeden... On w ogóle nie chciał się w to mieszać. Nie chciał mieć problemów, a te go czekały... Chciał odmówić Jackowi ale nie wiedział jak.
-Nie przyszedłeś mnie odwiedzić. Dobrze wiem po co tu jesteś, nie oszukasz mnie.
Jack skrzywił się mocno na jego słowa.
-No cóż... Zawsze warto utrzymywać pozory, prawda?-Zaśmiał się lekko.- Nie bądź idiotą, Drake. Dołącz do mnie, potraktuj to jako propozycję, okazję, której nie powinieneś się opierać. Na początku chciałem cię wrobić i obarczyć swoją winą, łatwo się ciebie pozbyć... Ale teraz widzę sprawy w nowym, lepszym świetle. Kers jest osaczony, boi się wykonać ruch, myśli że na prawdę wiesz o co tu chodzi. Pomyśl tylko... Możemy razem pracować, być niezależni. Nie pozwolić by ktokolwiek dyktował nam warunki. Wystarczy jedno twoje słowo, Collins. Chyba już się zorientowałeś, że tutaj nie chodzi o jakiś durny klub i szkołę. Chodzi o dużo, dużo więcej. Wpadłeś po uszy, ale możesz to wykorzystać. - Uśmiechnął się i wyciągnął dłoń w jego stronę. Brał pod uwagę możliwość odmowy, jednak dla niego oznaczało by to, że Drake sprzymierzył się z Kers’em.
Niebieskooki patrzył przenikliwe na rękę wyciągniętą w swoją stronę. Nie  wiedział co robić i jak ma mu odmówić, ale chciał zyskać sporo, albo chociaż trochę, czasu. Musiał coś wykombinować.
-Przyszedłeś tu by mnie szantażować? Nie uważasz, że to nie najlepszy czas i miejsce? Wykorzystałeś sytuację. Też nie lubię Kers’a, ale musisz jeszcze poczekać. Myślisz, że Kers tak szybko wykona jakikolwiek ruch? Może i jest mądry, ale musi wybadać teren. Po za tym...- Drake nachylił się w stronę Hannington’a. -Kers wie... Wie że ćpam...
Jack patrzył na niego marszcząc brwi. Nie potrafił zrozumieć dlaczego chłopak cały czas odrzuca jego propozycję. Przecież i tak siedzi w samym środku tego bagna.
-Boisz się Kers’a? On nic ci nie zrobi. Przecież pamiętasz jaki był w gimnazjum... Chyba ze nie pamiętasz, że wchodził pod biurko nauczycielom i potem zmienił szkołę bo wszystko wyszło na jaw.- Uśmiechnął się kpiąco.- Był takim małym zastraszonym chłopczykiem. Prawie mi go było szkoda- Zaśmiał się i spojrzał na Drake’a żeby ocenić jego reakcję.
Drake westchnął cicho i nagle wzdrygnął się uświadamiając coś sobie.
-Obydwoje możecie mnie łatwo zniszczyć.-Mruknął nie za bardzo wiedząc czemu miałby pamiętać coś takiego.- Dla mnie to sytuacja bez wyjścia. Oboje pociągnięcie mnie na dno kiedy tylko zrobię się niewygodny. Więc zrozum moje obawy. Po za tym... Jestem zmęczony i chciałbym odpocząć.
 Drake opadł na łóżko zamykając oczy. Nie chciał już z nikim rozmawiać. Tym bardziej że spodziewał się też tu Kers’a.
-Przesadzasz...-Mruknął Jack, ale podniósł się ze stołka i ruszył do drzwi niezadowolony.- To już dawno nie jest zwykły szkolny spór, Drake.-Nacisnął klamkę.- Khm... Wypoczywaj.- Dodał jeszcze i wyszedł zamykając drzwi stanowczym ruchem.
Drake westchnął cicho i opadł na łóżko zatapiając się w szpitalnej pościeli. Czuł ,że źle postąpił. Teraz Jack pewnie pomyśli sobie nie wiadomo co...
Zamknął oczy dziwnie zmęczony. Teraz chciał odpocząć.

***

Kers nie miał żadnego planu. Nie ważne jak długo nad nim myślał, ten nie przychodził. Na razie jednak wystarczało mu sprawianie wrażenia, że wie co robi.
Odchrząknął i przerzucił stronę w starej książce, poprawiając się na niewygodnym bibliotecznym krześle. Chciał porozmawiać z Drake’iem, ale okazało się, że ten leży w szpitalu. Nie żeby jakoś bardzo się tym przejmował, czuł po prostu, że w jakimś stopniu jest winny tej sytuacji.
,,Wypadało by go odwiedzić i załatwić mu jakiegoś dobrego lekarza"- Myśli tego typu męczyły go już od dłuższego czasu, jednak chłopak nadal się im opierał. Nie wiedział jednak jak długo jeszcze będzie potrafił to robić.
Westchnął zdenerwowany i nie mogąc już wytrzymać wyciągnął telefon.
,,Robię to dla świętego spokoju..."-Wykręcił numer znajomego lekarza i westchnął.
Rozmowa przebiegła szybko, w żołnierskich słowach i dobrze, bo Kers nie wytrzymał by długich tłumaczeń. Rzadko robił coś od serca więc w duszy przeklinał się za to jak jeszcze nigdy.
Westchnął i odłożył telefon do kieszeni. Na czas hospitalizacji Drake’a ma związane ręce...

***

Drake wpatrzony w sufit powoli stawał się senny. Nie miał tutaj z kim rozmawiać… Na sali leżał sam, a do tego, oprócz Jack’a, nikt sensowny go nie odwiedził. Ani mama, ani Ben ani...
Potrząsnął głową pozbywając się tej dziwnej myśli która go naszła. Nie był na nikogo zły... Ben był w szkole, a mama w pracy. Nie mógł ich winić... Westchnął więc tylko i zasnął niespokojny.

***

Słońce chyliło się ku zachodowi gdy do szpitalnej sali wszedł blond włosy anioł z bukietem białych goździków w dłoni. Przywiązywał wagę do szczegółów, wybór kwiatów nie był więc przypadkowy, jednak wątpił żeby Drake znał coś tak subtelnego jak język kwiatów.
Odchrząknął i podszedł do chłopaka, bez zwyczajnego drwiącego uśmiechu na ustach. Spoczął na niewygodnym szpitalnym stołku i przyjrzał się badawczo chłopakowi.
-Jak się czujesz?- Włożył w to pytanie mniej chłodu niż chciał, za co po raz kolejny przeklął się w duchu.
Drake zerknął na Kers’a przez chwilę nie rozumiejąc co się dzieje. Drake zakaszlał unosząc się z bólem.
-Tak sobie... Leżenie tu wcale nie jest fajne...- Chłopak przyjrzał się kwiatom uważnie.
-Ładne... Sam wybierałeś? Wiesz... Oprócz ciebie i Jack’a nikt tu nie przyszedł... Smutne nie?- Niebieskooki przetarł oczy.
Kers wzruszył ramionami i wstawił kwiaty do wazonu, stojącego na małym stoliku.
-Podejrzewam. Załatwiłem ci lepszego lekarza.-Mruknął pod nosem, nawet na niego nie patrząc. Pogrążony był we własnych myślał. Nie wiedział czemu właściwie tu przyszedł... Może dlatego, że miał wrażenie że pobyt Drake’a w szpitalu jest jego winą?
Tak... Właśnie tak się czuł.
Przymknął oczy i odsunął się od stolika aby wrócić na niewygodny taboret.
-Niedługo postawią cię na nogi...Czy coś...
Drake zakaszlał ponownie.
-Nie musiałeś. Jakoś bym to ścierpiał. Nie przepadamy za sobą, a ty robisz coś takiego…-Drake zaśmiał się cicho nadal trochę pokasłując. Zrobiło się jakoś dziwnie gorąco odkąd Kers tu przyszedł. I jakoś zaschło mu w ustach.
-Nie życzę ci takiego leżenia… W pustych ścianach... Jack mówił coś o tym, że wchodziłeś pod biurka i takie tam...
Kers zadrżał i zmierzył chłopaka lodowatym wzrokiem. Coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że powinien zostać w domu.
Teraz poczuł się okropnie, na policzki wstąpiły mu rumieńce pełne wstydu, a w oczach zebrały się łzy. Drake boleśnie przypomniał mu o tym co się działo.
-Nikomu nie wchodziłem pod biurko.-Zawarczał blady jak ściana, trzęsąc się przy tym jak galareta.- NIKOMU.
-Aj... Nie o to mi chodziło... Zresztą mnie i tak nikt nie słucha.-Drake wstał z łóżka i podszedł leniwie do okna. Wziął butelkę wody i znowu usiadł na łóżku. Nie miał nic złego na myśli, ale przecież Kers i tak nie da sobie nic wytłumaczyć. Może warto pomyśleć o współpracy z Jack’iem?
Nie... Zdecydowanie nie.
Kers spojrzał na niego załzawionymi oczyma, a szloch wyrwał się z jego ust, jednak zaraz zacisnął je w prostą kreskę. Nie chciał się otworzyć przed chłopakiem... Bał się. Najnormalniej w świecie się bał.
-Co Jack ci naopowiadał, co?- Spytał zachrypniętym, dławionym głosem czekając na wyjaśnienia.
-Nie płacz.- Drake westchnął nagle się denerwując zupełnie nie wiedząc czemu.
-To moja wina, że on mówi takie rzeczy? Ja tylko ci powtarzam co gada ten idiota. Ja pierdolę...- Drake upił łyk wody.
-Chciał współpracy i wiesz co... Może kiedyś bym się na to zgodził ale pierdolę to. Ten wasz cały konflikt! Teraz mam tylko problemy...Zaraz wszyscy się dowiedzą o moich problemach tylko dla tego, że byli kumple się kłócą. Pierdole to wszystko. - Drake wsunął kapcie na Bose stopy i razem z kroplówką wyszedł z sali.
Blondyn patrzył w drzwi czując łzy spływające po policzkach i brodzie, kapiące na jasne jeansy. W miejscu serca czuł ziejącą dziurę. Nie chciał poruszać tego tematu, nie chciał o nim myśleć jednocześnie nie mogąc zabronić chłopakowi i nim mówić.
To nie było dla niego proste. Wstanie z taboretu zajęło mu dziesięć minut, dotarcie do drzwi już niecałą minutę.
Drake spacerował po korytarzu wściekły. Chciał już zostać sam. Odpocząć… Jak na razie kto by nie przyszedł to go denerwował. Dosłownie każdy... Drake natknął się na lekarza któremu najwyraźniej nie spodobał się ten spacer.
-Nadal jest pan bardzo osłabiony. Nie powinien pań wychodzić z łóżka. Proszę wrócić na salę. Pielęgniarka Pana zaprowadzi.- Drake’owi cisnęła się na usta jakaś szorstka uwaga, ale się powstrzymał. Pielęgniarka ujęła go pod ramie i spokojne ruszyli do sali.
Kiedy Kers przycisnął klamkę i wyszedł na korytarz poczuł denerwujące uczucie w klatce piersiowej, widząc Drake’a z pielęgniarką. Jednak wszystko było lepsze od dziury jaką miał tam jeszcze chwile temu.
-Ja się nim zajmę.- Powiedział kiedy kobieta była na tyle blisko, że nie musiał krzyczeć. Ujął chłopaka pod ramię i wprowadził do sali.
Drake westchnął cicho i zamknął drzwi. Wysunął rękę spod ramienia Kers’a i położył się na niewygodnym łóżku.
Trwali tak w martwej ciszy, bez jakichkolwiek słów, układając sobie wszystko w głowach. Każdy z nich potrzebował właśnie takiej chwili- spokoju i jakby...
Pojednania.
Kers ukrył pod powiekami swoje zimno niebieskie oczy i odetchnął kilka razy głęboko.
-Nie przyszedłem tutaj żeby prosić cię o jakieś przysługi, Collins. Chciałem sprawdzić jak się czujesz i tyle.- Wzruszył ramionami odzyskując spokój ducha i swój zwyczajowy uśmieszek. Przeczesał ręką włosy i ponownie spojrzał na chłopaka.
-Ale skoro jesteś w środku naszego... Małego sporu, warto, żebyś wiedział, że w tym wszystkim chodzi o coś innego niż klub.
-Mam przez was problemy i nie wiem co mam robić. Przez każdego z was mogę mieć przerąbane. Nie podoba mi się to... Nawet nie wiem jakim cudem znalazłem się w tym bagnie.-Westchnął cicho.
-Mam być szczery czy kłamać? Co wolisz zagubiony chłopcze?-Kers uśmiechnął się ukazując rząd białych, równiutkich zębów. W swojej wypowiedzi  nawiązał do Piotrusia Pana i to nie przypadkowo. Drake przypominał mu właśnie jednego z podopiecznych samego Piotrusia. Zmrużył oczy rozbawiony tą myślą.
Spojrzał ukradkiem na zegarek, kontrolując czas jaki mu został. Po pewnej godzinie wizytacje są zakazane i oczywiście mógłby pociągnąć za kilka sznurków aby kupić sobie czas jednak nie widział takiej potrzeby.
-Co wolę? Chyba po prostu chcę mieć trochę spokoju. Być sam i nikogo nie widzieć.-Drake wyjrzał przez okno. Na dworze było już ciemno.
-Wracaj do domu.- Drake zamknął oczy. Jakoś mu się pogorszyło i nie miał zamiaru z nikim już rozmawiać jednak do sali weszła kobieta ubrana w garsonkę i płaszcz.
-Drake... Jak się czujesz?-Kobieta patrzyła na syna zmartwiona. -Kto to?
-Jak chcesz.- Mruknął mrożąc go wzrokiem i wymijając kobietę bez słowa ostentacyjnie trzasnął drzwiami.
Pod szpitalem czekał na niego szofer, w czarnej limuzynie, jednak Kers minął go bez słowa i ruszył chodnikiem w stronę domu, od którego dzieliło go kilka ulic. Wiedział, że Drake siedzi w tym wszystkim za głęboko... A to przeszkadza.
Spojrzał w niebo rozmarzonym wzrokiem. Białe chmury przesuwały się po nim leniwie a chłopak zapragnął odwiedzić grób matki.

***

-Kto to był Drake? Kolega?
-Jaki kolega... Nie chciałbym mieć takiego kolegi. Nikt by nie chciał...- Drake westchnął cicho i spojrzał przez okno zły. Nie chciał źle, ale wyszło jak zwykle. Kers się wkurzał bez powodu czym wykurzał Drake’a. Czuł, że chyba nigdy się nie zrozumieją…
Kobieta zmarszczyła brwi, ale nie poruszyła więcej tego tematu. Zamiast tego usiadła, tak jak dwoje poprzednich gości, na taborecie przy łóżku i ujęła syna za dłoń.
-Tata wrócił do domu. Bardzo się martwi... I złości. Zamierza cię jutro odwiedzić.- Odchrząknęła, gładząc syna po policzku. Nie chciała prawić mu morałów, ani zmuszać do niczego, wiedziała jednak, że prędzej czy później poruszą niewygodne tematy.
Drake odsunął się.
-Nie chce żeby tu przychodził. Jakoś wcześniej go nie interesowałem. Nawet gazeta bardziej go obchodziła.- Chłopak zsunął się nieco na łóżku zamykając oczy. Chciał odpocząć, a nie zastanawiać się nad tym czy ojciec przyjdzie czy nie.
- I nie chce o TYM rozmawiać... Chce odpocząć.
Kobieta wyprostowała się i zabrała rękę.
-Odpoczywaj...

***

Kers siedział na ławce przy kamiennym nagrobku swojej matki. Data jej śmierci na zawsze wyryła się w jego pamięci.
Westchnął i zgarnął liście, które opadły na ciężką nagrobną płytę. Czuł desperację i smutek... Olbrzymi smutek. Bardzo mało brakowało aby osiągnął swój cel a teraz jest dalej niż był kiedykolwiek.
Pomasował obolały nadgarstek ignorując chłodny podmuch wiatru zwiastujący nadchodzącą noc. Nie czuł się na siłach aby nadal prowadzić tą wojnę, po raz kolejny chciał się poddać. Jednak wtedy myślał o mamie, o tym, że chciała by jakiejkolwiek sprawiedliwość i płomień nienawiści w sercu chłopaka na nowo się rozpalał. Nie zamierzał łatwo rezygnować, choćby miał rozebrać to miasto kamień po kamieniu i cegła po cegle, choćby miał tyrać całe dnie w pocie czoła to znajdzie to czego szuka. Z pomocą Drake’a albo bez niej.
Skrzywił się niezadowolony. Już od kilku dni nie potrafił myśleć o ciemnowłosym jak o ofierze koniecznej. Nie potrafił też zrozumieć czemu nie potrafi. Zamykał się w jakimś błędnym kole.
,,Ta gra już za długo się ciągnie..."- Przeszło mu przez myśl, przez co boleśniej odczuł całą tą sytuację.
-Wiesz mamo... Jestem beznadziejny w zdobywaniu przyjaciół.- Uśmiechnął się pod nosem.

***

Drake nie spał całą noc bez ustanku wpatrując się w biały sufit. Przez głowę przechodziło mu wiele myśli ale jedna wyryła się w pamięci. Może by tak skończyć ze sobą? Drake przeniósł wzrok na widok za oknem. Nie chciał wizyty ojca ani matki... Nikogo nie chciał widzieć bo nigdzie nie mógł odpocząć. Kers go wkurzył i Jack też... A on był w dołku... I nie wiedział co robić. Nie chciał brać niczyjej strony ale to chyba nie było możliwe... Pomyślał że czas z tym skończyć. Odmówi i Ker’sowi i Jack’owi nawet nie zważając na konsekwencje. Mogło być gorzej ale miał to gdzieś. To nie jego spór...
Rano, zaraz po wschodzie słońca, do sali w której leżał chłopak wkroczył jego ojciec, ubrany w szary garnitur i błyszczące lakierki. Przysiadł przy łóżku syna i poprawił jego kołdrę czekając, aż ten się obudzi. Jako rodzic musiał uświadomić dziecku pewne rzeczy, o których Drake wiedział, jednakże wpadł za głęboko w tą spiralę, aby samemu się z niej wyrwać.
Drzwi skrzypnęły ponownie a do sali wkroczył blondwłosy chłopak, w okularach przeciwsłonecznych, z kubkiem ze starbuksa w ręce i bukietem fioletowych hiacyntów w drugiej. Speszył się nieco i odchrząknął.
-Ja tylko...Chciałem sprawdzić jak on się czuje... Proszę nie mówić, że tu byłem...-Powiedział, wymienił kwiaty w wazonie i rzucając mężczyźnie ostrożne spojrzenie wyszedł z sali.
Ojciec Drake’a zerknął na drzwi znowu poprawiając kołdrę. W sali panowała gęsta cisza przerywana tylko stukaniem okiennic o ściany. Niebieskooki otworzył powoli oczy naciągając na siebie kołdrę. Chłód poranka wdarł się do sali. Chłopak zerknął na świeże kwiaty po czym zauważył ojca. Od razu pożałował że tak wcześnie się obudził.
-Mama ci nie mówiła? Nie chciałem żebyś tu przychodził. Mówiłem jej...- chłopak mruknął zły.
Mężczyzna spojrzał na syna marszcząc brwi, kiedy usłyszał to jakże miłe powitanie.
-Mówiła. co nie zmienia faktu, że nie uciekniesz przed tą rozmową.- Powiedział dobitnie.- Jakiś twój kolega przyniósł kwiaty. Szybko poszedł.- Odchrząknął i zmierzył syna wzrokiem po raz kolejny.
-Widzę. Ja pierdole...- Chłopak mruknął pod nosem poprawiając się w łóżku.
-Teraz będziesz mi truł tak? Akurat ty? Ty nie masz o niczym pojęcia. Ciebie interesuje tylko praca i ta jebana gazeta.- Chłopak spojrzał ojcu prosto w oczy. Ale tak naprawdę jego myśli krążyły wokół Kersa... Po co przynosi mu kwiaty... I czy wybiera je tak zupełnie przypadkowo?
-Nie mów do mnie takim tonem, Drake.-Odparł chłodno jego ojciec.- Czy ty nie rozumiesz, że przez to twoje uzależnienie nie widzisz niczego co dzieje się dookoła ciebie? Ujmę to inaczej. Widzisz tylko to, co chcesz zobaczyć. Masz problem Drake, ale to że o tym wiesz nie załatwi sprawy. Lekarze chcą skierować cię na odwyk, a ja to popieram. Tak samo jak mama.- Powiedział patrząc chłopakowi w oczy ze szczerym i olbrzymim zmartwieniem. W końcu każdy miewa gorsze dni, ale teraz priorytetem było dla niego zdrowie syna. Tylko tyle i aż tyle
-A wy zrozumcie że nie pójdę na żaden odwyk! I będę mówił jak mi się podoba. Od kiedy tak nagle zaczęła cię interesować sytuacja w domu, co? Kiedy wychodziłem do szkoły nawet nie zwracałeś na mnie uwagi. Gazeta była ważniejsza!- Chłopak odwrócił głowę i zamrugał intensywnie starając się nie rozpłakać. Nie pamiętał czy miał jakieś dobre wspomnienia z ojcem. Nie pamiętał.
-Na prawdę nie wiesz czy po prostu przestałeś zwracać na to uwagę? Wiem, że to nie jest łatwe Drake, ale masz wybór, którego nie zostawiłeś mi i twojej matce. Nie pozwolimy ci stoczyć się jeszcze bardziej. Albo zgodzisz się na odwyk, albo możesz się wyprowadzać.- Głos mężczyzny drżał lekko z emocji, a oczy były zeszklone. Powiedzenie tego przyszło mu z trudem, ale bardzo chciał przemówić swojemu dziecku do rozsądku.
-Jesteś inteligentnym, zdolnym chłopakiem Drake. Pozwolisz żeby to cię zniszczyło?

Chłopak nie odzywał się przez chwilę wpatrując się w kwiaty.
-Idź już stąd! Idź!- Drake zacisnął dłonie na kołdrze.
Wtedy pomyślał sobie, że rodzice po prostu chcą się go pozbyć. Przecież on jest tylko kłopotem.
-To przez was zacząłem ćpać. Idź już!- Drżał delikatnie nie wiedząc czy to z emocji czy z głodu narkotykowego.
-Drake uspokój się proszę...-Przytulił lekko syna, gładząc go po włosach.- W domu wiele się zmieniło, może to czas żebyś ty też się zmienił. Chociaż spróbuj, idź na ten odwyk i skończ z tym wszystkim.- Mężczyzna próbował go uspokoić, przemówić do rozsądku, ale nie wiedział jak ma postępować.
-Jeśli nie dla nas to dla swoich przyjaciół.
Chłopak odsunął od siebie ojca zdecydowanym i szybkim ruchem.
-Dla przyjaciół?- Zaśmiał się przez łzy. -Nie masz pojęcia w jakim ja bagnie siedzę! Idź już! Idź!- Drake patrzył na drzwi po czym zamknął oczy.
-Nie pójdę Drake.-Powiedział stanowczo. -Nie pójdę bo potrzebujesz się komuś wygadać, porozmawiać. Przyszedłem tu dla ciebie.- Nalał chłopakowi wody do kubka i podał stanowczym ruchem. -Z nikim nie rozmawiasz o swoich problemach. Nawet Z Benem...
-Bo nie chce rozmawiać! Naprawdę tego nie rozumiesz?! Nie potrzebuje twojej pomocy bo zawsze miałeś mnie gdzieś!-Drake nie wziął od ojca kubka.
-Dlaczego jesteś taki uparty?- Mężczyzna westchnął i wstał z taboretu.-Widzę, że to nie ma sensu. Odpoczywaj synu- powiedział smutnym głosem i wyszedł z sali.

***

Szkolne życie płynęło jak zawsze, z tym wyjątkiem ze kiedy Jack i Kers mijali się na korytarzu, temperatura spadała o 10°C.
Blondyn w otoczeniu swojej świty zachowywał się jak zwykle- zabierał śniadanie młodszym uczniom i wyśmiewał innych, jednak w środku czuł się źle i nie wiedział z jakiego powodu. Zirytowany spojrzał na chłopaków towarzyszących mu i rozsiadł się na ławce stojącej przed szkołą.
-Przyprowadźcie do mnie Chase’a. Mam do niego sprawę.
Towarzyszący mu rówieśnicy spojrzeli po sobie i wstali powoli z murka oraz drugiej ławki, a potem ruszyli do szkoły poszukać Bendix’a. Nikt nawet na nich nie spojrzał. Wszyscy omijali chłopaków bojąc się problemów. Kiedy odnaleźli klasę w której był Ben weszli do niej bez wahania.
-Bendix. Idziesz z nami.- Powiedział największy z nich wszystkich.
Ben zamrugał zaskoczony i rozejrzał się po klasie szukając pomocy, jednak jej nie znalazł. Westchnął ciężko i wstał z ławki. Dosłownie przed chwilą rozmawiał przez telefon z Drake’iem i nie czuł się w nastroju na żadne gierki, wydawało się jednak ze nie ma wyboru. Ruszył za szkolną śmietanką towarzyską na plac przed szkoła gdzie Kers siedział na ławce popijając kawę z wiadomym logo na kubku. Stanął przed nie rozumiejąc po co miał tu przyjść.
-Wołałeś mnie Kers. Chodzi o klub?
Blondyn zgniótł kubek i wrzucił go do kosza jednym zgrabnym ruchem. Kazał swoim ,,przyjaciołom" się oddalić i wskazał Bendix’owi miejsce obok siebie.
-Gdyby chodziło o klub, zrobił bym małe przedstawienie w twojej klasie. Chciałem być bardziej dyskretny bo chodzi o Collinsa i o to co robi, a w zasadzie czego NIE robi.-Zamilkł na chwilę po czym kontynuował- Widzisz... Mam pewien interes w tym żeby pozbył się swoich problemów z dragami.- Skłamał wdzięcznie. Powieka nawet mu nie drgnęła.- Przekonaj go żeby poszedł na odwyk. Mnie nie chce słuchać, nawet gdy przychodzę pokojowo.
-Słuchaj Kers... Drake dzwonił do mnie i skarżył się na ojca. Rozumiesz dlaczego? Drake nie słucha nawet rodziców. Oczywiście postaram się coś zrobić ,ale to nie jest łatwe. On... Nie dopuszcza do siebie nikogo...- Ben wpatrywał się w dal czekając na to co powie Kers. Chłopak martwił się o przyjaciela. To  było oczywiste jednak nie wiedział jak do niego  dotrzeć.
-Właśnie dlatego powinien posłuchać przyjaciół. Rodzice to rodzice, często się ich nie słuchamy to nic nadzwyczajnego... Chodzi po prostu o to, że szkoda mi patrzeć na niego w takim stanie... -Mruknął pod nosem.- I wkurwia mnie jak Jack nim manipuluje. Warto by było przemówić mu do rozsądku. No a kto inny może tego dokonać jak nie ty Ben?-Spytał, obdarzając go promiennym uśmiechem. Pochlebstwa zawsze były najlepsze aby manipulować innymi. Trochę połechtać ego i ludzie zrobią wszystko.
-Jack ma w tym swój interes i raczej na pewno nie odpuści. Porozmawiam z nim ale nic nie obiecuję. Znam go zbyt dobrze... - Ben westchnąłem cicho zerkając na Kers’a. Chciał pomóc przyjacielowi, ale nie do końca wiedział jak ma to zrobić. Drake nie słuchał się nikogo i to było najgorsze.
-Jeśli go przekonasz jestem w stanie pokryć wszystkie koszty leczenia.-Powiedział z lekkim, przyjaznym uśmiechem, ale widząc zszokowanie na twarzy Bendix’a zmarszczył brwi i prychnął.
-Zmiataj już. Zasłaniasz mi słońce.-Mruknął odwracając wzrok.
Ben podniósł się z ławki i poszedł do szkoły zszokowany.
Pokrycie kosztów leczenia... Właściwie Kers nie miał powodu żeby pomagać Drake’owi... Więc czemu to robił?

***

Drake leżał w sali czując jak łzy spływają po jego twarzy. Nie zjadł śniadania i nawet nie ruszył herbaty. Nie rozumiał czemu ojciec tak nagle zaczął się nim interesować. Zawsze miał go gdzieś a teraz... Odwyk albo wyprowadzka tak? Chciał już wyjść ze szpitala. Po prostu odpiąć kroplówkę i pójść sobie.

***

Rudowłosa, wysoka dziewczyna o ciele bogini szybkim krokiem przemierzała korytarz. Rzuciła Bendix’owi stojącemu na korytarzu chłodne spojrzenie i weszła do klasy swojego chłopaka. Irytacja pomieszana ze złością odmalowała się na jej piegowatej twarzy. 
Buty rytmicznie uderzały w podłogę, krzesło szurnęło.
Cheerleaderka zmierzyła surowym wzrokiem Jack’a, i skrzywiła się z przekąsem, widząc, że ten ze spokojem popija herbatę z puszki.
-Czy ty się już niczym nie przejmujesz Jack? -spytała, wyrywając mu puszkę z dłoni, marszcząc przy tym zabawnie brwi.
-Nie wiem o czym mówisz kochanie...- Chłopak sięgnął po zabrany napój jednak nie miał szans na szybkie odzyskanie go. Westchnął więc jedynie z rezygnacją, mierząc dziewczynę wzrokiem.
-Jak możesz niepokoić Collins’a w szpitalu? -odetchnęła i pokręciła głową. - Dlaczego ty i Kers wciągacie w to wszystko osoby, które nie mają nic wspólnego z tą...
-O niczym nie wiesz Liz- Przerwał jej twardym głosem i wyjrzał przez okno. Chmury leniwie płynęły po szarym jesiennym niebie, przypominając mu o dniu, w którym to wszystko się zaczęło. Wiedział, że wina leży po stronie ich rodziców, ale czy to miało znaczenie skoro on i Kers woleli załatwić to między sobą? Nie miało. Nie byli już dziesięciolatkami bawiącymi się w piratów, a młodymi mężczyznami, pochłoniętymi rządzą zemsty.
- Nie mów tak do mnie. Nigdy więcej.- Warknęła unosząc podbródek i obserwując ukochanego spod półprzymkniętych powiek.- Dlaczego nie odpuścicie? - uspokoiła oddech nie chcąc aby emocje przejęły nad nią górę. Jack miał rację… Nic nie wiedziała, a przynajmniej niewiele.
 Przywołała powściągliwa maskę na twarz i wygładziła zielony sweter z grubej wełny,  który dostała na gwiazdkę od młodszego brata.
- Nie odpuszczę kochanie. - Jack poprawił kosmyk jej włosów i uśmiechnął się delikatnie.- Chodzi o moje życie. Postaram się nie mieszać w to ciebie...- Zabrał rękę widząc wściekłość jaśniejąca w szarych oczach dziewczyny, która naprawdę chciała wiedzieć…
Mimo, że Jack otwarcie się do tego nie przyznał to właśnie jej bal się najbardziej. Kochał ją za to i jednocześnie nienawidził.
-Jak chcesz. Tylko potem nie proś mnie o pomoc.- Liz wstała z dumą z krzesła i wyszła z klasy oburzona.
Bendix patrzył za Liz niespokojny. Chciał wiedzieć o czym rozmawiała z Jack’iem, ale nie mógł go wypytywać.
Westchnął zrezygnowany…Teraz musi przekonać Drake’a do odwyku…

***

Słońce wdzierało się do sali szpitalnej przez białe koronkowe firanki. Drake’owi udało się jakoś zasnąć, ale niestety nie na długo. Obudził się jeszcze bardziej zmęczony i spojrzał na pielęgniarkę, która właśnie zmieniała mu kroplówkę.
-Chcę wyjść na dwór.-Wyszeptał zachrypniętym głosem na co kobieta spojrzała na niego i pokiwała głową.
-Oczywiście.- Jasnowłosa pielęgniarka z uśmiechem pomogła Drake’owi wstać z łóżka i oboje wyszli na szpitalne podwórko.
Drake zamknął oczy wciągając świeże powietrze.
-Jak się Pan czuje?- Spytała kobieta delikatnym głosem, podświadomie wyczuwając wisielczy humor chłopaka.
Szli jedna z alejek w milczeniu, obserwując czerwieniejące klony i biegające wiewiórki. Drake ukradkiem spojrzał na kobietę, i mimowolnie zobaczył w niej Kers’a- Wszystko przez blond włosy i błękitne oczy, tak różne a tak podobne do dwóch kryształów lodu. Poza tym była raczej zwyczajna i w normalnych okolicznościach nawet nie zwrócił by na nią uwagi. Policzki szpeciło jak kilka blizn po trądziku przebytym w młodzieńczych latach, a przy oczach pojawiły pierwsze zmarszczki wynikające z przemęczenia. Drake wywnioskował że jest młodszy od kobiety o dobre dziesięć lat.
Pielęgniarka odchrząknęła nie doczekując się odpowiedzi i spojrzała na młodego mężczyznę z lekkim uśmiechem.
-Mam brata w twoim wieku.- Powiedziała po chwili ciszy, rezygnując z formułek grzecznościowych. -Bardzo mi go przypominasz. On też lubi żyć przeszłością.- Uśmiechnęła się melancholijnie, chcąc zasygnalizować, że nie miał to być przytyk, a jedynie stwierdzenie, o które chłopak nie powinien być zły. Po chwili kobieta spojrzała w niebo.
-On też brał narkotyki. A teraz leży w śpiączce bo miał wypadek. Warto łapać życie puki się je ma. Nie ważne jak zła jest twoja sytuacja, masz przy sobie ludzi którzy chcą ci pomóc.- Kobieta położyła swoją delikatna dłoń na jego ramieniu, posyłając mu uprzejmy uśmiech.
Drake patrzył w przestrzeń zastanawiając się nad słowami pielęgniarki. Był zły na siebie, że wyrzucił ojca i nie porozmawiał z nim szczerze... Był zły, że odtrącił matkę i… każda formę pomocy.
-Twój brat...Znaczy… Gdzie leży?-Spytał a po chwili dodał.- Chciałbym zadzwonić... Możemy usiąść? Trochę się zmęczyłem. - Zaśmiał się nerwowo myśląc, że pielęgniarka może mieć rację.
Kobieta skinęła delikatnie głową, pełna współczucia i podprowadziła pacjenta do drewnianej ławeczki w cieniu największego z klonów. Został zasadzony w dniu kiedy powstał szpital i rósł tu do teraz, pielęgnowany jedynie przez personel- pielęgniarki i lekarzy. W jego koronie szumiał wiatr niosąc ze sobą jakąś cichą, niezrozumiałą dla ludzi obietnicę.
Pielęgniarka złączyła dłonie i wpatrzyła się w przestrzeń rozciągającą się przed nimi. Przez chwilę wahała się, nie chciała odpowiedzieć chłopakowi, jednak czuła, że to może mu pomóc. Czasem głos obcych ma większą moc niż głos rodziny. Taki paradoks tego świata.
-Leży w tym szpitalu. Co do telefonu... Myślę, że najpierw powinieneś przemyśleć kilka rzeczy. Inaczej zaplączesz się w słowach. Nikt nie zmusza cię do decyzji Drake, nie musisz jej podejmować tu i teraz.- Uśmiechnęła się czytając w chłopaku jak w otwartej księdze.- Porozmawiaj z przyjaciółmi i rodziną byle szczerze. Poukładaj sobie to wszystko.- Poczochrała go po włosach, zupełnie jakby miał pięć lat i zaśmiała się dźwięcznie. Miała ładny i czysty głos z którym z wielkim powodzeniem mogła by występować w teatrze.
Z kieszeni kremowego kitla wyciągnęła telefon i podała go chłopakowi.
Collins uśmiechnął się pod nosem czując tą delikatną pieszczotę.
-Dziękuje... - Wziął telefon i wybrał numer ojca zastanawiając się dłuższą chwilę czy na pewno ma odwagę zadzwonić...
Ale zadzwonił i czekał cierpliwie, nasłuchując...
Instynktownie chwycił pielęgniarkę z rękę co dodało mu otuchy.
Po dłuższej chwili po drugiej stronie słuchawki odezwał się mężczyzna, którego głos świadczył o dużym zapracowaniu, co z resztą w cale nie mijało się z prawdą. Ojciec Drake’a właśnie porządkował ważne, firmowe papiery i przygotowywał raport dla swojego szefa, jednak odebrał z obawy, że to telefon ze szpitala i z jego synem dzieje się coś niedobrego.
-Tato? Ja... Chciałbym żebyś przyszedł.-Drake mówił lekko zachrypniętym głosem, był bardzo przejęty i nie wiedział czy ojciec znajdzie dla nieco chociaż minutę.
Mężczyzna zmarszczył brwi i spojrzał na zegarek.
-Coś się stało?- Spytał z troską w głosie gotów choćby zaraz rzucić wszystko co robił i pobiec sprintem do szpitala. Może i nie okazywał tego zbyt często kochał syna i nie chciał żeby stała mu się jakakolwiek krzywda...Tylko, że Drake był już prawie dorosły i musiał podejmować własne decyzje nawet jeśli często były błędne...
-Ja...-Chłopak zacisnął mocno usta.-Przyjdziesz? Nie czuję się najlepiej...- Zamknął oczy. Nie kłamał. Czuł się źle, przede wszystkim psychicznie.
Mężczyzna skinął głową na współpracownika.
-Tak. Już jadę.
Pielęgniarka uśmiechnęła się krzepiąco do chłopaka. Bardzo chciała mu pomóc. Nawet jeśli było to trudne, nawet jeśli miała by nic nie wskórać. Nie potrafiła się tak po prostu poddać, nie kiedy wiedziała, że osoby takie jak Drake potrzebują wiele wsparcia, siły by iść do przodu.
Drake uśmiechnął się blado. Podjął trudna decyzję, która mogła zmienić jego całe życie... Mimo to bał się wizyty ojca
-Pójdziemy do sali? Jestem zmęczony..
Kobieta podniosła się z ławki pełnym gracji ruchem i pomogła wstać chłopakowi.
-Oczywiście. Chodźmy.
Drake westchnął cicho przymykając oczy. Śpiew ptaków nieco go uspokoił, lecz chłopak nadal nie mógł pozbierać myśli. Pielęgniarka odprowadziła go do pokoju. Pachniało w nim kwiatami od Kers’a, a świeże powietrze porywało białe jak śnieg firanki do tańca.
Ciemnowłosy chłopak usiał na łóżku, kiedy pracownica szpitala oddaliła się, a do sali wszedł mężczyzna w trenczu.
Ojciec Drake’a miał zmartwioną minę, a na jego czole pojawiły się zmarszczki, jednak w sposobie w jaki otworzył drzwi i podszedł do ustawionego przy posłaniu taboretu nie było widać choćby skrawka zdenerwowania jakie odczuwał. Odchrząknął zajmując swoje miejsce, wyczuwając, że jego syna ma coś ważnego do powiedzenia. Szykował się na każdą ewentualność.
-Jak się czujesz?-Zaczął rozmowę gniotąc ściągnięty szary trencz w ramionach.
Drake opadł w ramiona ojca zmartwiony i nieco przestraszony. Nagle poczuł się  jakby znowu miał 5 lat...Poczuł się kochany.
Mężczyzna westchnął i objął syna ze stanowczością odpowiednią ojcu. Chciał cos powiedzieć, ale nie sądził żeby to był najlepszy moment. Jego syn potrzebował ciepła i czułości...
Minuty jednak mijały w ciszy i w końcu postanowił ponownie podjąć temat.
-O co chodzi Drake? Co się stało?
Drake zacisnął mocno dłonie na koszuli mężczyzny zamykając oczy. Starał się zachować trzeźwość umysłu, ale w jego głowie szalała burza. Otworzył niepewnie usta nie wiedząc czy powinien coś mówić...
-Pójdę na... Na odwyk...-Drake patrzył pustym wzrokiem w ścianę. Nie był pewny czy dobrą podjął decyzję. Nie wiedział czy podoła.
Mężczyzna odetchnął uspokojony słowami syna i uśmiechnął się delikatnie. Przytulił go ponownie, równie mocno.
-Jestem z Ciebie dumny wiesz? -Odsunął go od siebie aby spojrzeć mu w oczy. Rozpierała go duma z decyzji syna, mimo że był gotowy na jego wyprowadzkę, ale niebieskooki patrzył w ziemię czując się jakby coś przegrał.
-Tego chcieliście...-Chłopak położył się w łóżku nieco już zmęczony tym wszystkim.
-Chce odpocząć.. Przepraszam  że...że wyrwałem cię z pracy.-Spojrzał na ojca.
-Pytanie tylko czy ty tego chcesz Drake. Jeśli pójdziesz na odwyk i znowu zaczniesz brać to... To nie ma sensu.- Powiedział mężczyzna lekko prostując się na taborecie. Czuł jakby na jego barkach spoczywaj ogromny ciężar... Nie mógł sobie nawet wyobrazić co czuł jego syn.
Przetarł twarz dłońmi i położył mu rękę na ramieniu.
-Wiesz, że ja i mama będziemy cię wspierać.
Chłopak zamknął oczy czując jak wiatr delikatnie muska jego policzki. Zrobiło mu się dziwnie zimno i przeszły go dreszcze.
-Jasne... Jakoś sam sobie dam radę.-To było ostatnie co powiedział zanim zasnął
Mężczyzna pokręcił głową, ale nie obudził już syna. Nie wiedział w jaki sposób może mu pokazać, że w cale nie jest sam, że wspierają go przyjaciele, on i jego żona... Drake sprawiał wrażenie zamkniętego w pętli przeszłości.
Chłopak nie spał spokojnie. Nic dziwnego, już dawno zapomniał czym jest spokojny sen. Nadal czuł obecność ojca i chyba już wolał być sam... Zupełnie sam. Chciał pomyśleć...

***

Kers patrzył w lustro zadowolony z siebie. Przejął inicjatywę i wyszło mu to na dobre. Teraz wystarczyło jedynie poczekać, aż Bendix przekona Drake’a do odwyku i w ten sposób pozbędzie się jednego- a jakże kluczowego- gracza z gry przynajmniej na dwa miesiące. Idealne i subtelne. W końcu, jak bardzo by się nie oszukiwał, robi to też ze względu na troskę o chłopaka... Której wcale nie chciał czuć. Zdążył polubić Collinsa... I to tylko i wyłącznie dlatego, że potrafi mu się przeciwstawić.
-Wszystko jest idealne... Wszystko w końcu się układa.

***

Bendix krzątał się po sali lekcyjnej zastanawiając się w jaki sposób ma przekonać przyjaciela do odwyku. Wiedział, że Drake jest uparty i nie da się tak łatwo przekonać, jednak w pewnym sensie rozumiał przyjaciela. Wiedział co czuje i wiedział, że ta decyzja nie będzie łatwa...
Jack stał oparty o framugę drzwi obserwując młodszego kolegę spod półprzymkniętych powiek. Tykanie zegara i szuranie butów roznosiło się po całej sali przyprawiając go o ból głowy. W końcu zdenerwowany podszedł do Chase’a i chwycił go mocno za nadgarstek.
-Mamy do pogadania Chase. -Zmierzył go wzrokiem i westchnął.- Gadałeś dzisiaj z Kers’em. Czego od ciebie chciał?
Ben westchnął głośno i wyrwał rękę z uścisku.
-Spokojnie… Czemu cię tak to interesuje Jack? Cokolwiek kombinujesz trzymaj to z dala ode mnie i Drake’a.
Jack zmierzył go spokojnym wzrokiem i wybuchnął wesołym śmiechem.
-Obawiam się, że twój przyjaciel za bardzo siedzi w tym gównie. Nie chcesz mówić- nie mów. Ja i tak się dowiem Ben.- Zmarszczył brwi, czując że coś jest nie tak. Kers wyszedł ze szkoły z wielkim bananem na ryju... I Jack nie mógł tego znieść. Nic innego go tak nie denerwowało jak szczęście Kers’a.
-Nie naskakuj na mnie, okej?-Ben zmarszczył gniewnie brwi.- Sam powiedziałeś, jak będziesz chciał się dowiedzieć to i tak się dowiesz...-Westchnął masując sobie nadgarstek.
Jack prychnął patrząc mu w oczy twardo i nieustępliwie. Na jego twarzy pojawił się rumieniec, a spojrzenie stało ostrzejsze niż kilka minut temu. Nagle przestrzeń klasy wydala się za mała na nich dwóch. Gdyby na miejscu Bena stał Kers ławki i krzesła zaczęły by wylatywać przez okna. To było pewne, jak to, że Ziemia krąży na około słońca.
Ale to nie był Kers. I tylko to uratowało Chase’a.
-Wiesz, że właśnie obrałeś jedną ze stron? Zdajesz sobie z tego sprawę Bendix? Na prawdę ciężko mi uwierzyć, że Razentill tak po prostu okręcił cię sobie wokół palca. A skoro ciebie to Drake’a też.- Zmarszczył brwi po czym okręcił się na pięcie i ruszył do wyjścia ze szkoły.
Blondyn w końcu wykonał ruch.
A gra toczyła się o olbrzymią stawkę.
-Ciekawe, który z nas wygra, Razentill.- Powiedział patrząc w niebo z uśmiechem na ustach.

***

Bendix westchnął głośno przymykając oczy. Zimne powietrze wdarło się do klasy. Problemem było to, że ani Drake ani Ben nie chcieli obierać żadnej strony ale Kers i Jack nie dali sobie tego są wytłumaczyć. Chłopak czuł w kościach, że to dopiero początek wielkich problemów.

***

Niebieskie oczy chłopaka wpatrywały się nieprzytomnie w drzwi. Drake’owi wydawało się, że o drzwi szpitalnej sali opiera się piękny anioł o blond włosach i niesamowicie niebieskich oczach. Chłopak zamrugał intensywnie chcąc pozbyć się zwidów a zjawa zniknęła tak szybko jak się pojawiła.
-Cholera!

***

Kers westchnął ciężko leżąc na białej kanapie w swoim pokoju. Ciężko mu było skupić się na opasłym tomie Shakespeare'a, który trzymał właśnie w dłoniach. Nic nie mógł poradzić na to, że jego myśli cały czas zwracały się w stronę brązowowłosego chłopaka leżącego w szpitalu. W tych krótkich chwilach skupienia, przebijających się przez rzekę przemyśleń, zdołał przeczytać zaledwie dwie strony. Zaklął w duchu rzucając książkę na kaszmirowe poduszki i podszedł do drzwi balkonowych.
-Cholera...

***

Drake sięgnął po komiks który przyniosła mu wczoraj matka i przejrzał go dokładnie. Chłopak dawno nie czytał, a kiedyś bardzo to lubił i robił niemal cały czas. Jednak tego dnia niebieskooki nie mógł się skupić. Nie pamiętał nic z tego co przeczytał więc zaczął jeszcze raz i jeszcze raz... Aż w końcu się poddał i spojrzał na gwiazdy świecące na niebie.
***

Tej nocy nikt nie mógł spokojnie zasnąć. Liz Nicolson martwiła się o chłopaka, Jack Hannington myślał nad swoim położeniem, Bendix Chase układał w głowie przemówienie jakie zaserwuje przyjacielowi, Drake Collins zastanawiał się czy poradzi sobie na odwyku a Kers... Cóż, blond włosy anioł wspominał swoją matkę, z nostalgią wpatrując się w sufit swojego pokoju. Na dworze szczekały psy, a w oddali brzmiały dźwięki pianina.
Każdy z nich czuł, że zbliża się burza.


piątek, 7 lipca 2017

Drr!!Oneshot:Dzień singla

Witajcie!
Wakacje już się zaczęły, ale cały czas mam pełne ręce roboty. Razem z Asiri wzięłyśmy się za bloga- staramy się przygotować trochę rozdziałów w zapasie, mamy pomysł na nową historię i ogólnie próbujemy wyjść z bałaganu (abo bagna) jaki sobie narobiłyśmy w roku szkolnym, a z którego zupełnie nie jestem zadowolona.
To co do Was właśnie trafia to jeden z obiecanych już jakiś czas temu specjałów i mam nadzieję, że umili wam, chociaż w małym stopniu, czekanie na kolejne rozdziały. Specjał pisałam sama, Asiri tym razem sprawdzała moje wypociny i podsuwała pomysły. W treści ukryłam małą zapowiedź dotyczącą projektu, którego postęp możecie znaleźć w nowej zakładce ,,stan przygotowania rozdziałów". Piszcie w komentarzach czy ją znaleźliście :D. Przy okazji mam nadzieję, że nawet jeżeli nie oglądaliście lub czytaliście Drr!!! to rozdział przypadnie Wam do gustu (a może nawet zachęci do zapoznania się z projektem Durarara).
Nie przedłużam już, zostawiam was z lektura i idę płakać nad listą rzeczy do zrobienia. Miłego czytania!





Drrr!!:Dzień singla


I am a Lion and I whant to be free!

You see a Lion when you look inside of meee!

Trzask, plusk i głośne krzyki rozległy się na szkolnym korytarzu w chwili gdy muzyka została brutalnie przerwana, a głośnik do tej pory zamontowany nad wejściem do jednej z sal lekcyjnych, wylądował za oknem i roztrzaskał się na kostce brukowej którą wyłożony był dziedziniec akademii Raira. Grupa uczennic w dole rozproszyła się z głośnym krzykiem gdy odłamki chwilę temu grającego urządzenia rozprysły się na wszystkie strony przez impet uderzenia. Poza tym szkolna codzienność trwała jak zawsze. To nie było nic niezwykłego, nic co nie działo by się codziennie od przeszło roku.
 ,,Czarna wesz”, będącą  przyczyną całego incydentu patrzyła na ,,Tlenionego wilka” z bardzo wymowną miną, którą po chwili zmieniła na szeroki uśmiech, nie mogący należeć do człowieka. Izaya zacmokał niezadowolony podpierając się rękoma na drewnianym parapecie. Od początku do końca oberwał mknący w dół z zastraszającą prędkością przyrząd. Kolejne straty dla szkoły, ale jego za bardzo to nie obchodziło. To nie on będzie zajmował się pozyskaniem funduszy. Jeśli dobrze pójdzie nie poniesie żadnej odpowiedzialności.
-Na prawdę nie rozumiem, Shizu- chan…- Zaczął z teatralnym przejęciem w głosie, maskującym rozbawienie goszczące na jego twarzy.- Co nie spodobało ci się w tej piosence? Osobiście uważam, że bardzo pasuje do takiej bestii jak ty...
Odskoczył w bok dosłownie kilak sekund zanim pięść uderzyła miejsce gdzie jeszcze przed chwilą była jego głowa. Twarz Shizuo wykrzywiła się gniewnie, a na jego czole pulsowała żyłka. Znak ostrzegawczy. Zawsze kiedy się pojawiał ludzie mający choćby krztę instynktu przetrwania brali nogi za pas.
Ale nie Orichara.
Orichara bawił się do samego końca, nie zważając na konsekwencje.
-Zabiję cię, Izaya!!!-Krzyknął Heiwajima podnosząc ławkę stojącą nieopodal i cisnął nią w stronę niższego chłopaka, który odskoczył zanim nadlatujący pocisk zdołał go sięgnąć. W jego dłoni zabłyszczał noż sprężynowy, gdy wokół wirowały odłamki szyby i zapachniało łamanym drewnem.
-Ale po co te nerwy, Shizu-chan? Nie wspominając już o tym, że zupełnie nie rozumiem czemu od razu sądzisz, że mam z tym coś wspólnego?- Czarnowłosy zatrzepotał rzęsami. Z takim wyrazem twarzy z powodzeniem mógłby uchodzić za świętego, gdyby nie trzymane przezeń ostrze błyszczące ostrzegawczo. Klasa zdążyła już opustoszeć i poza nimi stała tu jeszcze dwójka uczniów gotowa do interwencji, ale dopiero kiedy ,,Tleniona Bestia” trochę ochłonie.
Izaya ponownie zrobił tę swoją teatralną minę i westchnął wskazując na siebie nożem. Jak zwykle nie ubrał mundurka. Czarna skórzana kurtka opinała jego drobne ramiona i kontrastowała z czerwoną bluzką, która wybijała się mocno na tle czarnej odzieży. Wolną ręką odgarnął włosy z czoła i zrobił urocza minę, przez którą śmiało mógłby konkurować z postaciami z anime.
Przecież to nie było tak, że od tygodnia planował to wszystko…Przecież to nie on śledził blondyna pod sam jego dom, zorganizował stłuczkę, w której Heiwajima wziął udział i wykradł mu MP3, zgrał wszystkie piosenki i postanowił, jako członek samorządu, puścić każdą z nich na dzień singla... Przynajmniej połowę z tych rzeczy zrobili wynajęci przez niego ludzie, dlatego też oskarżenia blondyna były bezpodstawne.
On był zupełnie niewinny, prawda?
Nie wspominając już, że w cały plan zamieszani byli również Dotachin i Shinra, którzy teraz z przerażeniem oglądali bijących się przyjaciół wymieniając pełne niepewności i zaniepokojenia spojrzenia, do chwili gdy Shinra Kishitani nie wbił w Kyoucheia Kadotę, zwanego Dotachinem, swojego błagającego spojrzenia. 
-Zapomnij.- Powiedział w końcu Kadota, po ponad pięciu minutach ciszy i intensywnego wpatrywania się w oczy niskiego okularnika, który tylko jęknął w odpowiedzi drapiąc się po głowie i odczuwając sromotny zapach porażki.
-Przecież jeszcze nic nie powiedziałem...-Bronił się piskliwym głosem, ale zaniechał i tego, kiedy prawie oberwał z kwiatka doniczkowego, który podarowali swojemu wychowawcy w zeszłym roku. Nic z niego nie zostało.
-Ale pomyślałeś. Idę do radiowęzła zanim komuś stanie się krzywda i będziesz musiał ich łatać.-Mruknął i wyszedł szybkim krokiem z klasy. Na korytarzach tłoczyli się już uczniowie zaaferowani dziwnymi odgłosami i całą aferą. Z resztą mało kto nie domyślił by się jacy uczniowie znowu się biją kiedy głośne ,,IZAYA!!!!” padało z ust Shizuo z częstotliwością większą niż pociski wylatujące z karabinu maszynowego.
-Czemu ja się w ogóle zgodziłem na to wszystko?- Jęknął Dotachin, słysząc jak kolejne okno i ławka dożywa swoich dni, przy okazji cofnął się myślami do TAMTEGO poranka...
***
Było wcześnie, słońce majaczyło pomiędzy wieżowcami spowijając wszystko pomarańczowym aksamitem. Ptaki, gnieżdżące się w rosnących dookoła szkoły drzewach wiśni podśpiewywały uroczo sprawiając, że atmosfera była bajeczna.
Izaya Orichara, mózg zbrodni i prawdopodobnie przyszły kryminalista, siedział na dachu bawiąc się nożem sprężynowym wsłuchany w tę niezwykłą melodię, wpatrzony we wschód słońca kiedy do głowy przyszedł mu kolejny genialny plan uprzykrzenia życia swojemu nemezis. Poderwał się na nogi z nowym zapałem, okręcił parę razy na krawędzi dachu i chwycił barierek aby przeskoczyć na bezpieczniejszy teren i zbiec po schodach do pomieszczenia samorządu. Plan już kiełkował w jego głowie, był z siebie dumny bo zapowiadało się, że tym razem obejdzie się bez niespodzianek. Kierowca przyjmie odpowiednią sumę i zrobi co do niego należy a sam czarnowłosy dopilnuje, aby Shizuo Heiwajima był w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze.
Szatański śmiech rozniósł się po pustych korytarzach Rairy niczym zapowiedz końca.
-Kocham dzień singla~.-Zaśpiewała ,,Czarna wesz” pod nosem i ruszyła biegiem schodami by jak najszybciej podzielić się swoim planem z innym członkiem samorządu i jednym z niewielkiej grupy tolerujących jego obecność ludzi, których zwykł nazywać ,,kolegami”.
~~~
W pomieszczeniu samorządu unosił się zapach kredy, palonego drewna i sosny. Sterty papierów piętrzyły się na ławkach czekając, aż ktoś je uzupełni, jednak wszyscy członkowie tej zamkniętej organizacji patrzyli na owe stosiki z odrazą. Przeważnie wszystko zwalali na Shinrę, który nawet nie należał do samorządu, ale bardzo łatwo było go przekupić. Na przykład zdjęciami ran i filmikami z operacji…
Niezmącony spokój pomieszczenia pozwalał Kadocie zająć się swoimi mniej lub bardziej ważnymi sprawami przy dźwiękach ulubionej muzyki docierającej do jego uszu ze słuchawek i zupełnie ignorować otoczenie.
Tylko, jak się później zorientował, zignorował o jedną rzecz za dużo.
Izaya wpadł do sali bardziej podjarany niż zazwyczaj. Usiadł przed nim z niewinną miną i przesunął palcami po jego dłoni, jednak sam Kadota nie zwrócił na to najmniejszej uwagi, przez co stało się jasne, że młody informator osiągnie zamierzony cel. Powoli i z powierzchownym spokojem zaczął przedstawiać dość ryzykowny i brawurowy plan dotyczący zdobycia muzyki na dzień singla, bo jak to stwierdził: ,,Walentynki są przereklamowane...”
-Zgadzasz się Do. Ta. Chin?- Spytał śpiewnie pod koniec długiego monologu, wiedząc, PO PROSTU WIEDZĄC, że chłopak nie słyszał ani słowa. W odpowiedzi usłyszał ciche, zbywające ,,,yhm".
Tak, to był gwóźdź do trumny jeśli chodzi o powodzenie nowej szkolnej imprezy. W głowie przewodniczącego wszystko wyglądało idealnie- stragany z jedzeniem przed szkołą, konkursy w których główną nagrodą jest kolacja dla dwojga w Rosyjskim Sushi i dziewczyny w uroczych mundurkach, zapraszające go do wspólnego startowania w konkursach…
Nie było tam miejsca na latające głośniki, biurka i krzesła oraz rozbite okna.
Dotachin bardzo żałował, że nie słuchał tego co Izaya do niego mówi... Przysiągł sobie, że już nigdy nie będzie słuchał przy kimś muzyki. NIGDY. A już na pewno nie przy NIM.
***
Potrząsnął głowa i wszedł do radiowęzła. Trudno, czasem trzeba zmienić plany a jeśli tak ma wyglądać dzień z muzyką, to chyba wszyscy wolą żeby jej nie było. Przynajmniej nikogo nie trzeba będzie przewozić do szpitala.
Kyouhei rozejrzał się po pomieszczeniu. Było dość ponure, na szarych ścianach wisiały różnej maści plakaty, podłoga była wypełniona kartkami papieru i Bóg jeden wie czym jeszcze. Z konsoli mikserskiej migały na niego błagalnie różnokolorowe diody, ale młody Japończyk po prostu stał w miejscu i gapił się na przyrząd niczym na przybysza z innej planety.
-Ja tylko chciałem spokojnego szkolnego wydarzenia. Czy naprawdę prosiłem o tak wiele?-Westchnął.
Najwidoczniej tak. W tym miejscu był pierwszy raz, z resztą nic dziwnego. W zeszłym roku było to miejsce schadzek napalonych licealistów, a w tym roku komórka zaczęła nosić miano ,,Nory Orichary” lub, jak kto woli, ,,Nory Czarnej Pchły” i Kadota wolał nie wiedzieć do czego jeszcze, poza puszczaniem muzyki, może służyć szkolny komputer i konsola, oraz programy, które Izaya zainstalował, najprawdopodobniej nielegalnie.
Odchrząknął i usiadł ostrożnie na czarnym krześle obrotowym bojąc się, że okaże się ono skrytką na organy albo dziwne substancje, nic się jednak nie wydarzyło. Ot, zwykłe krzesło.
Teraz musiał zorientować się jak to cholerstwo wyłączyć, a na myśl przychodziło mu jedynie wyciągnięcie wtyczki z gniazdka co też uczynił modląc się aby nie wysadziło korków w szkole.
Wyciągnięcie kabla przyniosło jednak zamierzony efekt, a muzyka przestała grać. Przewodniczącemu udało się nawet zlokalizować pendraiwa z muzyką i skonfiskować go, tak na wszelki wypadek.
***
Tymczasem w innej części szkoły panowało istne piekło. Sala pogrążyła się w chaosie, z parapetów poznikały doniczki a krzesła i przedmioty które do tej pory uchroniły się przed destrukcyjnym wpływem Shizuo teraz latały w powietrzu jak rakiety, próbując dosięgnąć czarnowłosego, śmiejącego się radośnie chłopaka, który raz za razem unikał kolejnych serii wyrzucanych w jego stronę.
-Zabiję cię gnido!- Heiwajima kipiał złością, ale zapewne gdyby ktoś odważył się spytać o co tak właściwie jest wściekły musiał by przyhamować na chwilę i się zastanowić, bo jakoś wyleciało mu to z głowy. Teraz był wściekły tak dla zasady, bo menda nadal nie zginęła.
-Pora zapisać się na jakąś terapię Shizusiu. Zobacz co zrobiłeś z klasą głuptasku.-Zaśmiał się uroczo, ukradkiem posyłając w jego stronę ostrze, które zagłębiło się w nogę rozjuszonej bestii jak w masło. Tyle, że Heiwajima nic nie poczuł. Co więcej ze spokojem opuścił krzesło na ziemię i ku zdziwieniu Orichary, i zapewne wszystkich zgromadzonych, odetchnął ze spokojem.
-Chodź Shinra. Zjemy obiad, zgłodniałem.-Odpowiedział i pociągnął za sobą okularnika.
Izaya patrzył w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stał blondyn z autentycznym zdziwieniem malującym się nią jego twarzy. Po raz kolejny kompletnie nie potrafił zrozumieć nemezis. Jego zachowanie było tak nielogiczne, że chłopak potrzebował kilkunastu sekund aby dotarło do niego co przed chwilą się wydarzyło.
-Poważnie?-Spytał siebie niedowierzającym głosem a po chwili z uśmiechem poleciał za nimi.
-Poczekajcie też jestem głodny~! Shizuś, nie zostawiaj mnie~!- Zaświergotał wskakując olbrzymowi na plecy.
Kadota obserwował to z końca korytarza. I po raz kolejny rozważał zmianę szkoły.
-Szalony hobbysta operacji, nadludzko silny człowiek i szatan wcielony… Muszę zmienić towarzystwo. Jak najszybciej…
***

Rozsiedli się wygodnie na dachu. Mimo, że zbliżała się zima i niedługo spaść miał śnieg, a czerwone liście tańczyły w powietrzu miejsce to nadal było ogólnodostępne. Wielu uczniów spędzało tu przerwy, w tym i paczka przyjaciół, dość dziwna na pierwszy rzut oka… chociaż jeszcze dziwniejszym zjawiskiem dla wszystkich uczniów było to, że bywały dni takie jak ten, gdy Izaya Orichara i Shizuo Heiwajima siedzieli w jednym pomieszczeniu i nie dochodziło między nimi do kłótni i bójek.
Grupa właśnie zjadała się swoimi bento rozmawiając, jak na nich, względnie normalnie.
Izaya nachylił przez ramię ,,Tlenionej bestii” i zjadł kawałek okonomiyaki trzymany przez swoją ofiarę pałeczkami.
Zadowolony wcisnął się między niego a Kadotę, posyłając tego drugiego łokciem na beton i uśmiechnął się uroczo. Intensywnie nad czymś myślał, ale nie chciał się tym podzielić.
-Słyszałem, Shizusiu, że twoja…Partnerka, którą wytypowała nasza klasa…-Zaczął jakby się ociągając.
-Co jej zrobiłeś, mendo?-Blondyn zmarszczył groźnie brwi, przyciskając opakowanie bardziej do siebie gdy Izaya chciał podkraść kolejny kawałek omlecika.
-Ja? Dlaczego uważasz, że to ja coś jej zrobiłem? Jestem niewinny.-Zaćwierkał anielskim głosem i zanim bestia się zorientowała podkradł mu shitake.- Skręciła kostkę… Straszny wypadek.-Otarł wyimaginowaną łzę z policzka.
-I mówisz, pchło, że wcale jej w tym nie pomogłeś?-Zawarczał odsuwać się od niego, ale Izaya zaraz znowu był przy nim
-Nie musisz się martwić. Nie ma czasu na wybór nowej dziewczyny dlatego wpisałem siebie.
-C.O?-Tyle wydusił z siebie Shizuo zanim Izaya zniknął na schodach prowadzących do łazienki w podskokach. Dotachin także był w szoku.
-Powiedzcie, że on żartował…-Wyszeptał, a jego ręka z pałeczkami zatrzymała się pół drogi od ust.
Shinra, który już skończył swój posiłek zajrzał na internetową listę i uśmiechnął się pobłażliwie. Nie wiedział jak im to delikatnie przekazać.
-Khm… Wygląda na to, że będziesz w drużynie z niejaką Kanrą Oricharą, Shizuo…
-No ty sobie chyba kurwa jaja robisz!-Żyłka na jego czole niebezpiecznie zaczęła drgać, a Dotachin westchnął po raz kolejny tego dnia.
Nie powinien powierzać Izayi zaprogramowania ochrony przeciwwłamaniowej do systemu…
***
Izaya przejrzał się w lustrze wiszącym w szkolnej łazience z uśmiechem na ustach. Damski mundurek leżał na nim idealnie a czarna peruka opadała na jego plecy falami. Musieli by zajrzeć mu w majtki żeby się zorientować, a nie są na tyle głupi- a może raczej inteligentni- żeby to zrobić.
Naprawdę bardzo zależało mu na kolacji z Shizuo.

***

Konkursy zaczęły się jak z bicza strzelił. Kadota wygłosił szybkie przemówienie, by dodać głos dyrektorowi, który poza życzeniem wszystkim dobrej zabawy napomniał coś o zniszczonej klasie, tyle że to już nikogo nie obchodziło.
Shizuo przechadzał się szybkim krokiem między straganami mając nadzieję, że w ten sposób nie spotka mendy. Naprawdę modlił się o to do wszystkich znanych mu bóstw… Ale te i tym razem go nie wysłuchały.
Pchła uwiesiła się na jego plecach z szerokim uśmiechem, ale tylko na kilka sekund. Potem leżała na ziemi. Tleniony wilk obrócił się w stronę mendy i zamarł. Nie wiedział co powiedzieć i nie żeby był to pierwszy raz kiedy przy Izayi odbierało mu mowę, ale TO… To co zobaczył… Po prostu nie mógł w to uwierzyć.
-Co ty masz na sobie?-Zamrugał intensywnie, wmawiając sobie, że dziewczyna która przed nim leży to nie kto inny jak sam Izaya Orichara we własnej osobie. To musi być on…
-Shizusiu musisz przyznać, że wyglądam obłędnie.-Podniósł się na nogi, pokręcił biodrami na boki i okręcił się wokół własnej osi. Nie było mowy o pomyłce. Ten głos na pewno należał do Izayi Orichary.
-Jesteś pojebany.-Wydusił Heiwajima i ruszył w swoją stronę, ale Izaya pobiegł za nim. Spódniczka falowała delikatnie na wietrze.
-Ej, a ty niby dokąd co?-Chwycił go za rękę z groźną miną.
-Rezygnuję. Nie ma mowy żebym zrobił coś takiego z tobą w tym czymś. Ściągaj to.-Warknął i zmarszczył gniewnie brwi na co Izaya wybuchnął śmiechem.
-No wesz co Shizu-chan, żeby mówić takie rzeczy przy wszystkich? Nie ładnie.- Zaciął się na chwilę i spojrzał mu w oczy z przebiegłym uśmiechem.
-Co więcej wydaje mi się, że nie masz wyboru. Dyrektor powiedział mi, że jeśli wygrasz anuluje twój dług względem szkoły.-Zatrzepotał rzęsami. Jego wypowiedz przyniosła oczekiwany skutek, mimo że Heiwajima ruszył dość niechętnie do pola startowego.
Kadota, który od jakiegoś czasu przyglądał się całej tej scenie, podszedł do Izayi.
-Nie słyszałem żeby dyrektor mówił coś takiego.
-Blefowałem-Przyznał się Izaya.-Ale to jak umorzysz jego dług to już nie mój problem~.
Ruszył w kierunku pola startowego, a Kadota ścisnął ołówek wściekły. Nigdy więcej nie zorganizuje żadnej imprezy szkolnej. NIGDY.
***
Konkursy rozpoczęły się na dobre. Shizuo i niejaka Kanra niszczyli wszystkich przeciwników. Nikt nie mógł się z nimi równać, mimo że kierowały nimi zupełnie różne cele. Kanra chciała pójść na kolację z Bestią, a Bestia nie chciała mieć długu w szkole. Tylko Kadota siedział gdzieś w kącie myśląc o śmierci, słuchając monologu Shinry o tym jak przeprowadzał by na nim sekcje zwłok. Nie. To nie mogło się wydarzyć.
Koniec końców nikogo nie zdziwiło kto wygrał, tym bardziej, że kilka osób trafiło do pielęgniarki z ranami ciętymi wykonanymi tajemniczym narzędziem w tajemniczych okolicznościach.
Cóż, przynajmniej szkoła stoi cała.
***
To był ulewny wieczór. Światło latarni odbijało się w mokrych chodnikach tworząc potoki tęczy wpływające do kanalizacji. Ludzie pośpiesznie chowali się do różnych sklepów oraz stacji metra byle by tylko nie zmoknąć.
Pod szarą ścianą rosyjskiego sushi stał chłopak w bluzie obszytej czarnym futerkiem i uparcie przeglądał Internet w telefonie ze znudzoną miną. Kolejne zaginięcia w Deisetsu. Jedne zwłoki zostały odnalezione w makabrycznym stanie.
Uśmiechnął się pod nosem na dźwięk kroków i schował telefon do kieszeni płynnym ruchem.
-Nie sądziłem, że naprawdę przyjdziesz.-Powiedział wyjątkowo poważnym i pozbawionym zwyczajowego rozbawienia głosem. Wpatrywał się w brązowe oczy towarzysza chcąc jakby rozwikłać trudną zagadkę.
-Przyszedłem na darmową wyżerkę, nie dlatego, że ty tu jesteś.
Izaya zaśmiał się.
-Oczywiście Shizusiu.- Na jego ustach znowu pojawił się uśmiech, a policzki lekko zaróżowiły od mrozu.- A ja mam czołg w piwnicy. I prędzej uwierzę, że Shinra rozkocha w sobie Cielty niż w to, że nie przyszedłeś tu z powodu mojej jakże skromnej i inteligentnej oraz błyskotliwej osoby.-Zaśmiał się, ale Shizuo tego nie skomentował. Znał pchłę już długo, i jego wiedza pozwoliła mu stwierdzić, że faktycznie może mieć gdzieś czołg. Było by to mniej dziwne niż jego zachowanie przez ostatnie dni.
Wszedł do środka i ściągnął płaszcz. Jego wzrok automatycznie powędrował do stolika dla dwojga z zapaloną świeczką, tląca się pomiędzy dwoma zestawami Sushi, o których usilnie próbował myśleć, żeby nie wybuchnąć.
Romantyczna kolacja z mendom… Zaczął żałować, ze tu przyszedł, ale jak na razie Izaya był zbyt spokojny. Nawet zachowywał się jak by był normalny…Jakby oboje byli.
Heiwajima przełknął gulę w gardle. Nie rozumiał czemu czuł się taki skrępowany, ale nie chciał dać Izayi kolejnego powodu do żartów i wyprowadzania jego osoby z równowagi.
Ile razy już tu byli?-Pomyślał patrząc na świeczkę i czując znajomy zapach ryby i odświeżacza powietrza.- Ile razy Simon przyprowadził nas tu półżywych?
-Niesamowite.-Z przemyśleń wyrwał go głos pchły, wpatrzonej w niego jak w obrazek.- ,,Tleniony Wilk” ma taki wyraz twarzy, że zaraz uwierzę, że potrafi myśleć…- Blondyn patrzył jak Izaya wsuwa do ust kawałek tuńczyka, jak jego blada twarz odbija światło świeczki i jakoś zapomniał się zdenerwować.
-A zamknij się mendo.- Warknął zabierając się za jedzenie, ignorując że stykając się kolanami. Izaya też tego nie komentował, co więcej nie drgnął nawet o centymetr i Shizuo znowu czuł, że stał się częścią jego planu.
Mimo to nie odmówił kiedy Orihara po skończonej kolacji zaproponował spacer. Panowała między nimi cisza, przerywana jedynie odgłosami silników samochodów które mijały park Ueno. Wiatr szumiał w koronach prawie już nagich drzew kiedy mijali kolejne alejki.
-Powiedz Shizu-chan, myślałeś kiedyś o tym czy ,,rzeczywistość”, którą widzisz jest prawdziwa? A może to jedynie wytwór wyobraźni? Czy w takim razie nasza nienawiść nie jest tylko iluzją? Może tak naprawdę to zupełnie inne uczucie, a jedynie nasza ,,rzeczywistość” każe nam myśleć w taki a nie inny sposób? Mozę to wszystko nie jest prawdą?- Wskoczył na murek i okręcił się na około lampy patrząc na wyższego chłopaka.-Chociaż ty nie myślisz o takich rzeczach.-Zaśmiał się, ale przestał gdy mocne dłonie chwyciły go w pasie i przyciągnęły do siebie.
-Zamknij ryj Izaya. Zdecydowanie za dużo gadasz.-Powiedział Heiwajima gdy ich twarze dzieliły zaledwie minimetry i niewiele myśląc o tym co się dzieje zmniejszył ten dystans do zera agresywnym pocałunkiem w którym oboje walczyli o dominacje, tak jak zawsze walczą ze sobą o życie.
***
-Wiesz co Cielty…-Zaczął Shinra opierając się o ramę wielkiego okna w które uparcie uderzał deszcz. Kobieta bez głowy obróciła się w jego stronę, ale młody chłopak nawet na nią nie spojrzał.
-Izaya mówi, że kocha wszystkich ludzi z wyjątkiem jednego, ale ja uważam, że jest dokładnie na odwrót.-Powiedział.
Dziewczyna wystukała szybko odpowiedź na swoim telefonie.
,,Dlaczego tak nagle zaczynasz ten temat?”
Shinra Kishtani uśmiechnął się.
-Bez powodu…