piątek, 9 marca 2018

Rozdział 3


Rozdział pojawia się późno, zdaję sobie sprawę. Niewiele mam na swoje wytłumaczenie, więc pozwólcie, że nie będę zagłębiać się w szczegóły. Nie mam ostatnio lekko, dlatego cieszę się, że mimo wszystko udało mi się kończyć rozdział i jeszcze tego samego dnia go wrzucić, nawet jeśli nie jest on bardzo długi. To takie moje małe zwycięstwo.
Tymczasem zapraszam do lektury.
Aoihime

Rozdział 3

Wszyscy mamy sekrety…

Naruto siedział na głazie oczekując na skutki rozmowy dwóch bliskich jego sercu przyjaciół. Na kolanach trzymał swoje jeszcze niedokończone dzieło. Prace szły powolnie jednak miał wiele czasu aby je dokończyć. Stworzenie idealnej kopii zwoju zakazanych technik wymagało czasu, jak każde fałszerstwo.
Ludzie od pokoleń narzekali i wyklinali fałszerzy zapominając, jak trudną sztuką się parają. W końcu aby stworzyć idealną kopię należało sfałszować także duszę pierwotnego dzieła, a wymagało to nie lada wprawy i umiejętności. A także lat treningów i samodyscypliny.
Blondyn zaczął kilka dni wcześniej, jeszcze w swoim mieszkaniu w wiosce ukrytej w liściach. Pracował pod czujnym okiem Kuramy, którego cenne wskazówki nie raz i nie dwa skutecznie wyprowadziły go z równowagi przez co był zmuszony zaczynać wszystko od nowa. Mimo to doceniał słowa krytyki, wiedział, że były mu potrzebne. Bez nich nie był w stanie wykonać swojej pracy poprawnie… W końcu nie był jeszcze wytrawnym fałszerzem nawet jeśli było mu do tego tytułu blisko.
-Powinienem zastanowić się nad zmianą fachu.- Powiedział pod nosem przy ostatnim pociągnięciu fude i ocenił swoje dzieło w pełnej krasie. Trzymał w dłoniach fałszerstwo idealne, będące skutkiem potajemnych nauk czerpanych u Lisa o Dziewięciu Ogonach przez ponad trzy lata. Dzieło, którego duszę udało mu się podrobić, ponieważ zrozumiał w jakim celu powstało. Każde pociągnięcie pędzlem musiało być idealne, wręcz identyczne jak to autora, inaczej nigdy by mu się to nie udało. Teraz jeszcze musiał jakoś podmienić go z oryginałem.
-,,Od biedy ujdzie w tłoku.”- Usłyszał w swojej głowie rozbawiony głos Lisa, który obecnie leżał w wodzie śmiejąc się do rozpuku. Naruto nie pamiętał aby dziewięcioogoniasty pochwalił go chociaż raz podczas jego nauki… Ale pamięć jest rzeczą ulotną.
Pokręcił głową i zawtórował mu śmiechem.
Ktoś, kto nie miał nigdy do czynienia z fałszerstwem duszy nie zorientuje się, że nie trzyma w dłoniach oryginału. I właśnie o taki efekt chodziło.

Uzumaki ostrożnie zwinął zwój i zamocował na swoich plecach ignorując kroki poirytowanego przyjaciela. Dopiero mocne szarpnięcie za ramie i chłodne dłonie na gardle zmusiły go do spojrzenia w chłodne, czarne oczy Uchihy.
Sasuke stał centymetry od niego, z chęcią mordu w oczach i miną seryjnego zabójcy, trzymającego w dłoniach następna ofiarę.
-Sasuke- kun.-Twarz niebieskookiego rozpromienił szeroki uśmiech.-Czy mógłbyś postawić mnie na ziemi? Całkiem przyjemnie się wisi, ale…
-Nie udawaj idioty!- Nie pozwolił mu dokończyć.- Wiedziałeś o wszystkim młotku! O wszystkim! Od kiedy co?! Zamierzałeś mi w ogóle o tym powiedzieć?! – Dłonie młodego mężczyzny zaciskały się coraz bardziej i bardziej na szyi blondyna, który zaczął blednąć i sinieć na twarzy. W końcu jednak udało mu się uwolnić z morderczego uścisku. Zakaszlał parę razy i upił spory łyk wody ze skórzanego bukłaka przytwierdzonego do jego pasa. Obdarzył byłego członka drużyny siódmej  lekkim i pogodnym uśmiechem, łapiąc powietrze z niemałym trudem.
-Nie wiedziałem o tym, kiedy odchodziłeś z wioski.- Odparł zachrypniętym głosem.- Dowiedziałem się dopiero podczas treningu z Ero- sanninem. Myślisz, że po co ja latałem po świecie żeby cię znaleźć? Dla rozrywki?- Odkaszlnął jeszcze raz i uśmiechnął ponownie do przyjaciela.
-Zamierzam zniszczyć Konochę. A jeśli ty albo Itachi staniecie mi na drodze pozbędę się was bez wahania.-  Warknął i obrócił się na pięcie.
-Przemyśl to Sasuke. Szykuje nam się wojna, a razem możemy jej zapobiec.- Chłopak gotów był do negocjacji. Był nawet gotów do walki jeśli zaszła by taka potrzeba.
-Czemu tak ci na mnie zależy Uzumaki?- Chłodne oczy Uchihy jak zwykle nie wyrażały żadnych emocji. Różniły się od tych jakie Naruto zapamiętał z czasów ,,drużyny siódmej”… Mimo to wiedział, że ten stary Sasuke gdzieś tam jest. Wiedział, bo oboje zostali skrzywdzeni przez los, przez ludzi. Nikomu nie mogli zaufać.
-Bo jesteśmy przyjaciółmi, Dattebayo!
Blade światło księżyca oświetlało polanę, na której dwoje przyjaciół mierzyło się wzrokiem, szukając odpowiedzi na dręczące ich pytania. Jeden odszedł w ciemność, drugi balansował na jej krawędzi.

***
Blondynka siedziała na omszonym, wilgotnym kamieniu przy wodospadzie obserwując uważnie zieloną prerię.  Zimny wiatr szarpał jej złote włosy i uderzał w twarz niczym lodowy bicz.
Myśli dziewczyny zaprzątały słowa Itachiego, o których nie myślała już z gniewem, a ze smutkiem. Wydarzenia poprzedniej nocy odbiły się na niej- Sińce pod oczami, nienaturalnie blada cera... Nie była to oczywiście kwestia jednej nieprzespanej nocy.-Było ich znacznie więcej.
Mężczyzna ukrywał przed nią prawdę.
Oczywiście wysnuła pewne wnioski, ale to nadal było za mało. Nie miała wszystkich fragmentów tej układanki. Nie dysponowała też czasem. Mojra nie była po jej stronie…
Odgarnęła włosy za ucho i westchnęła ciężko. Przecież nie może tak tego zostawić. Nie jest już małym dzieckiem! Umie o siebie zadbać! Przecież to wcale nie tak, że Itachi i Kisame cały czas ratują jej tyłek!
 Prawda…?
Wydęła usta w grymasie niezadowolenia i skuliła się czując coraz większy chłód na ciele. Powinna była wziąć ze sobą płaszcz. Tędy i tak nikt nie chodził…Skuliła się jednak, czując kolejny podmuch, i westchnęła ciężko. Musiała wrócić do pokoju inaczej będzie chora, jednak wstanie z miękkiej trawy, oderwanie oczu od błękitu nieba i powrót na ziemię, okazały się trudniejsze niż mogła przewidzieć.

***

,,Skąd masz ten zwój?”
Tak brzmiały pierwsze słowa Jiraiyi zaraz po przebudzeniu. Atmosfera w obozie była bardziej niż napięta, wyobrażanie sobie wyładowań elektrycznych w powietrzu było niezwykle łatwą rzeczą.
Naruto próbował być przekonujący. Nie miał z resztą większego wyboru, prawdą było, że musiał wbić im do głów swoją rację inaczej dni pełne ciężkiej pracy poszły by na marne. A on trafił by do więzienia szybciej, niż miał tam trafić wcześniej. Po powrocie do wioski czeka go prawdopodobnie bardzo przyjemny areszt domowy, ale wolał o tym nie myśleć zbyt długo.
Uśmiechnął się więc szeroko i podrapał w tył głowy
-Nigdy nie uwierzysz, Ero-Sannin!- Powiedział, z autentycznym przejęciem w głosie i rozpoczął tworzenie bajek, przy czym, co należy wspomnieć, odrobinę się zapędził. Miał wrażenie, że jego mentor próbował uwierzyć w jego dobre intencje. A raczej widział w jego przepełnionych smutkiem, czarnych oczach, że bardzo chciał w nie wierzyć. Po prostu nie mógł. Nawet jeżeli Naruto odzyskał zwój, okoliczności były co najmniej podejrzane. Podczas gdy jego uczeń twierdził, że zwój został porzucony podczas ucieczki członka Akatsuki, on wyczuł dwie, diametralnie różne, choć podobne do siebie pod pewnymi względami chakry. Na niekorzyść blondyna przeważał także fakt, iż zniknął na całą noc, bez słowa wyjaśnienia.
Tak więc Jiraiya bardzo chciał mu wierzyć. Ale nie było to możliwe, nawet przy najlepszych chęciach. Nie kiedy nagle wszystko zaczęło mu się układać w logiczną całość.
Odchrząknął i spojrzał na resztę drużyny, oczekującą w napięciu na dalsze rozkazy. Wiatr zaszumiał w koronach drzew po czym otulił wszystkich swym lodowatym oddechem. Pogoda była psia, bez porównywalnie gorsza niż dnia poprzedniego, a nastroje także w niczym nie pomagały.
-Zwijajcie obóz. Wracamy do Konochy.

***

Schemat był ten sam. Skakanie po drzewach do upadłego, kiedy można było użyć gościńca aż do zielonych wrót osady, których strażnicy chrapali smacznie w niewielkiej budce. Naruto nie zdążył nawet dobrze się rozejrzeć, gdy otoczyła go grupa Anbu, uzbrojona po zęby, zupełnie jakby miał się na nich rzucić. Skołowany chłopak jednak nie za bardzo wiedział co właściwie dzieje się dookoła niego, po twarzy przeszedł mu cień przerażenia. Czyżby się dowiedzieli? Tak szybko go rozgryźli, czy nadal chodziło o to jak bardzo spieprzył sprawę, dając się przyłapać na kradzieży?
Nie mógł zadawać pytań. Z resztą nie liczył, że ktokolwiek na nie odpowie. Niepokój chłopaka rósł z każdą chwilą, sięgając zenitu gdy Ero-sannin postanowił pójść przodem do biura szanownej hokage, by jak to ujął, wyjaśnić kilka spraw.
Podłoga skrzypiała nieprzyjemnie gdy blondyn wchodził po schodach nadal pod eskortą. Przez wyczulony słuch był w stanie usłyszeć pojedyncze zdania.
,,Bardzo się zmienił”
,,Tsunade, nie wiem co on kombinuje, ale musimy mu pomóc”
..Jest zagubiony”
Bardzo starał się dosłyszeć coś więcej, ale nie mógł się skupić. Rozmowy ucichły wraz z jego wejściem do gabinetu. Pierwszy raz poczuł się w tym miejscu tak obco i niepewnie. Ściany wydawały mu się kurczyć, podłoga falować, podobizny hokage patrzyły nań nieprzychylnym wzrokiem. Nawet rośliny wydawały się złowieszcze. Nie był pewien, czy znalazł się pod wpływem genjutsu, czy to jego własny umysł płata mu figle, jednak w jakiś sposób udało mu się ułożyć wielki zwój na ciemnym i zagraconym biurku Tsunade.
Kobieta przesunęła po nim dłonią i jednym sprawnym ruchem otworzyła go. Nie mogła się zorientować, że jest podrobiony. To nie wchodziło w grę przy tajemnej sztuce jaką wykorzystał chłopak.
Przez chwilę siłowali się na spojrzenia. Lodowate i pełne dystansu, zupełnie do nich niepodobne. Pierwszy przemówił sannin, chcąc załagodzić sytuację, jednak został potraktowany oschle, a może nawet bardziej niż sam Naruto.
-Bardzo bym chciała, żeby to wszystko wyglądało inaczej.-Zaczęła księżniczka spokojnym głosem, jednak jej spojrzenie było ciemne jak chmura burzowa.- Mając jednak niezbite dowody na twoje ostatnie poczynania muszę podjąć środki zapobiegawcze, Naruto. Nie trafiasz do więzienia jedynie dzięki mojej dobrej woli i mam nadzieję, że to doceniasz.
Chłopak zaśmiał się cicho.
-A więc jednak… Skazujesz mnie na areszt domowy, mimo ze sprowadziłem zwój do osady?-Prychnął.-I jeszcze każesz mi się z tego cieszyć? Nie robisz tego dla mnie, Hokage-sama.-Warknął prześmiewczo.-Robisz to bo nie możesz sobie pozwolić na stratę jinjuriki. Poisz mnie kłamstwami jakby to miało cokolwiek zmienić, sprawić, że zaufam wam ponownie. Nie mogę uwierzyć, że we mnie zwątpiliście. Oboje.- Przeskakiwał wzrokiem z jednego na drugiego, czując rosnącą frustrację. Wydawało mu się że jest gotowy na ten moment, a jednak nie był. Sytuacja go przerosła, zwątpienie od najbliższych mu dorosłych ludzi napawało smutkiem. Nie rozumieli… Nie był na to gotowy. Chciał im wyjaśnić, ale to prawdopodobnie było by gorsze niż to kłamstwo, które im serwował.
-Nie wiem co się z tobą dzieje Naruto, ale trochę czasu na przemyślenia dobrze ci zrobi.-Powiedziała hokage, odprawiając chłopaka i jego eskortę ruchem ręki.
Po drodze do domu widział znajome twarze pełne niedowierzania i zrozumiał, że to wszystko nie będzie jednak takie proste.

***
Dziewczyna poprawiła włosy spięte w koński ogon zapatrzona w mężczyznę, marszczącego brwi w niezadowoleniu i patrzącego nań z potępieniem w oczach. W pokoju było chłodno i nieprzyjemnie. Grzejnik skręcony był na najniższą możliwą wartość i dziewczyna dygotała, z gęsią skórką, nawet jeżeli jej ramiona okryte były puchatym wełnianym kocem w kolorze kawy.
Przechodzili po raz kolejny przez tą samą rozmowę, nie mogąc dojść do porozumienia. Ostatnio w ogóle się nie dogadywali, fakt ciągłej irytacji dziewczyny i niesprzyjających warunków nie pomagał.
-Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć o co właściwie chodzi?- Spytała krzyżując dłonie na piersiach, przez co koc spadł z jej ramion bezgłośnie. Zdeterminowana spoglądała zdenerwowanemu mężczyźnie w oczy, z nadzieją, że tym razem się ugnie pod jej wolą.
-Ubierz się. Jest zimno.-Powiedział tylko Uchiha, przechodząc obok niej i kierując swe kroki do szafy. Blondynka cudem powstrzymała się od powiedzenia na głos, dlaczego w pokoju jest tak zimno. Kłótnia o takie szczegóły zupełnie by jej nie pomogła.
-To nie jest odpowiedz na moje pytanie.-Mruknęła.
-Nie muszę na nie odpowiadać. Zmiataj do siebie Naomi, puki jestem miły.-Iatchi posłał jej jedno, jedyne spojrzenie. A ono oznaczało koniec tematu. Gdyby wzrok mógł zabijać, była by martwa.
Ale i tak powstała by z grobu, żeby mieć ostatnie słowo w tej sprawie.
-Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo. I tak się dowiem.-Wstała, chwyciła za koc i wyszła na korytarz, zostawiając otwarte drzwi.-Dobrej nocy, Uchiha.-Rzuciła jeszcze na odchodnym,

***
Kruk poderwał się w niebo, niosąc niewielki skrawek pergaminu doczepiony do nóżki. Światło księżyca oświetlało uliczki, i tak jasne od świateł lampionów. Naruto wyszedł na balkon z kubkiem parującej herbaty. Pozostawał pod nadzorem i obserwacją na tyle subtelną, że ciężko mu było określić ilu właściwie ludzi otacza właśnie jego mieszkanie. Wysłanie wiadomości było niemal niemożliwe, ale na szczęście nikt nie zauważył, że ptak ma doczepioną wiadomość. Wzięto go za dzikie zwierzę, nie posłańca.
Może to i lepiej.- Pomyślał Naruto, melancholijnie zerkając w gwiazdy, których blask był przytłumiony przez jasność ulicy. Psy szczekały w oddali, ludzie wychodzili na nocne spacery i wypady do pubów. Widział Ino, Shikamaru i Choujiego wracającego z wieczornej wyżerki, słyszał kłótnie sąsiadów z dołu i przytłumione rozmowy par na ulicach.
Może to i lepiej, że nikt go nie zauważył.-Pomyślał.-Wszyscy mamy swoje sekrety…
Uśmiechnął się do siebie i wrócił do mieszkania, zamykając za sobą drzwi.

niedziela, 3 grudnia 2017

Rainy Pill





 Witajcie!

Zima goni jesień, na dworze coraz zimniej- przy okazji pozdrowienia dla wszystkich meteopatów, wiem co czujecie- i chęci jakby mniej. Jesienna depresja daje o sobie znać, a aura na dworze nie pomaga. Za to zaczęło się picie gorącej czekolady/kakao wieczorami i kielnie się pod puchatym kocem. Przyznaję, że pisanie ostatnio słabo mi idzie. Jestem zmęczona, ale nie pod względem fizycznym- kładę się spać przerażająco punktualnie- a w tym psychicznym. Nie wspominając już o masie pracy… W każdym razie piszemy ( A to już sukces!) nawet jeśli idzie nam to trochę jak krew z nosa.

Serwujemy wam więc nowy rozdział, specjalnie dla was na te zimne i mokre jesiennozimowe wieczory.


Aoihime 

Hej! 
Zima ostatnio dała mi się we znaki zaskakując mnie białym puchem obicie sypiacym z nieba. Niekoniecznie przepadam za zima ale kto nie lubi śniegu? ^^ Mam nadzieje, że chociaż wy macie narazie wolne od wszelkich obowiązków. Grudzień to zdecydowanie będzie najgorszych miesiąc w szkole. Przynajmniej w weekend mogę schować się pod pierzynką i odpocząć a przede wszystkim zająć się rainy pill. Mam nadzieję, że i tym razem dobrze będziecie się bawić przy nowym rozdziale. Pamiętacie o ciepłej herbatce i zapraszam was do czytania.
Asiri

Rozdział 6


Drake wpatrywał się w białą ścianę szpitala czując wszechogarniający go chłód. Okno było zamknięte, ale mimo to chłopakowi było zimno. Bardzo chciał wrócić do domu... Do swojego pokoju. Tylko tam czuł się dobrze... I nikt by mu nie przeszkadzał no chyba, że Kers znowu postanowiłby wpaść z niezapowiedzianą wizyta.
 Zawsze powtarzano mu ,,nie wywołuj wilka z lasu". Na swoje nieszczęście Drake nigdy nie słuchał i tym razem anioł w drzwiach nie był zjawą, tylko całkowicie namacalnym, ludzkim ciałem z uśmiechem na ustach i lodowatym spojrzeniem skrytym za okularami przeciwsłonecznymi, które teraz poprawił nonszalanckim ruchem.
- Ty to masz szczęście Collins. Możesz mnie oglądać od bladego świtu. Jak się z tym czujesz? – Razentill podszedł do łóżka, z przerażeniem stwierdzając że jest coraz bardziej rozluźniony i że całkiem podobają mu się te ich małe pogawędki.
- Co myślisz o kwiatach? - Spytał robiąc balona z gumy do żucia marki Orbit przerywając tym samym ciszę, która ogarnęłaby szpitalną salę gdyby nie jego odwiedziny. Przy okazji wsunął okulary do kieszeni.
Drake westchnął cicho starając się poprawić na łóżku co jednak nie bardzo mu wyszło. Chłopak przez chwilę się nie odzywał po czym po sali rozniósł się jego zachrypnięty głos.
- Kwiaty… Są ładne... Otworzysz okno? - Chłopak zakaszlał zakrywając się bardziej kołdrą. W sali nie było aż tak duszno jak mogłoby się wydawać. Drake chciał tylko odwrócić uwagę Kersa od zakłopotanego wyrazu swojej twarzy.
- Co w szkole? – dość wydawałoby się proste pytanie przyprawiło chłopaka o ciemnobłękitnych oczach o drżenie głosu. Jego szybkie zmiany nastroju oraz nieoczekiwane zmiany stanu zdrowia z pewnością uwarunkowane były jego krótkim, ale odczuwalnym rozstaniem z narkotykami.
- Gdzieś tam w trakcie powinno być ,,proszę" i ,,Wasza wysokość". Ale wybaczam ci bo leżysz w szpitalu. Znaj łaskę swojego pana. – Rzucił blondyn  żartobliwym tonem otwierając okno na oścież. Nie zamierzał mówić Drake’owi o tym co się dzieje.
,,Niedoczekanie jego. Aż tak się nie lubimy" - Pomyślał siadając na parapecie i popijając swoją jeszcze ciepła kawę z czekoladą.
-A propos mojej propozycji… Powiedz namyśliłeś się już?
Drake zaśmiał się cicho, ale po chwili stracił humor. To był jeden z tematów, których chłopak nie chciał poruszać.
- Propozycja? Jaka propozycja... - Drake odkaszlnął orientując się, że Kers nie ma zamiaru mówić mu o szkole. Trudno dowie się od Bendixa. On na pewno mu powie.
Niebieskooki nadal nie przypomniał sobie o tej propozycji... Jakoś wyleciało mu z głowy a może to przez nałóg?
- A jak myślisz po jaką cholerę przychodziłem tu wczoraj? - Spytał krzywiąc się lekko i poprawiając usztywniacz na nadgarstku, który nagle zapłonął żywym ogniem. Mimo to blondyn to zignorował. Wszytko żeby nie stracić twarzy. Wszystko żeby jego wizerunek pozostał nienaruszony.  A jeśli Drake się nie zgodzi... Cóż wtedy Bendix wiedziony troską przekona go do odwyku. I jednego gracza mniej. W końcu Kers nic nie wiedział o postanowieniu Collinsa. No bo skąd miał wiedzieć?
- Pomóż mi dostać to co chcę. A wtedy ja pomogę tobie. Załatwię co tylko będziesz chciał. Pieniądze, lepszą robotę dla twoich starych, samochód...
Drake wzdrygnął się mocno i podniósł delikatnie. Chwila zastanowienia odmalowała się na jego twarzy. Chyba musiał po prostu zebrać myśli. Chciał wyjść na dobrego mówcę nawet jeśli Kers i tak miał to gdzieś.
- Widzisz... Ja nie wierzę w obietnicę. Nie wierzę że TY... Akurat TY masz mi coś do zaoferowania. I to czy pójdę na odwyk to moja sprawa. I nie nasyłaj na mnie Bendixa. Bo gdybym chciał to nawet on by mnie do tego nie przekonał. -Chłopak uśmiechnął się sztywno poprawiając fałdy na kołdrze. Wiedział że Kersowi zależy na tym żeby poszedł na odwyk, tylko nie wiedział jaki ma w tym cel. I to było naprawdę niepokojące.
- Nie musisz być taki szorstki Collins. - Powiedział z uśmiechem i błyskiem w oczach. Na prawdę świetnie się bawił. Jak nigdy. Można by pomyśleć, że Drake był dla niego naprawdę ciekawą zabawką. Taką przy której nie będzie się nudził, i która zawsze będzie go zaskakiwać czymś nowym.
-Bendix przyjdzie tu tak czy inaczej. I zrobił by to nawet bez mojej... Małej pomocy. Nie wiem jaką ofertę złożył ci Hannington ale moja jest dużo lepsza. Widzisz... To są bardzo osobiste sprawy. Jego rodzina bardzo skrzywdziła moją. Chcę im się odwdzięczyć. To wszystko. A skoro już wpadłeś w bagno po uszy, bo szczerze wątpię że jeszcze się nie zorientowałeś w jak hujowym położeniu jesteś, powinieneś obrać jedną ze stron. - Kers sięgnął do kieszeni po iPhone i pokazał mu zdjęcia wykonane jakiś czas temu. Jacka było widać doskonale, Drake’a gorzej, zwłaszcza, że jego twarz zasłaniał kaptur, ale z dowodami jakimi dysponował blondyn wtopienie chłopaka - czy raczej udowodnienie wszystkim prawdy - było dziecinnie proste.
- Wołał bym się do tego nie uciekać ale widzisz... Tak się składa ze czasem trzeba się uciec do ostateczności.
Drake skrzywił się mocno. Jeszcze nie dawno wydawało mu się, że polubił Kersa, ale teraz zdał sobie sprawę, że tylko głupio się łudził. Zdecydowanie Kers był teraz dla Drake najgorszym człowiekiem na całej kuli ziemskiej.
- Jesteś naprawdę hujowy Kers. Wcale się nie dziwię, że niektórzy cię nienawidzą a inni mają cię w dupie. Myślę, że powinieneś już sobie iść. - Drake westchnął. Naprawdę nie miał zamiaru dalej słuchać Rezentilla.
- Jeśli nadal będziesz naciskał to wezmę stronę Hannigtona. Więc daj spokój. Chętnie popatrzę jak znowu się bijecie i oboje upadacie na dno.
Zapadła martwa cisza podczas której twarz Kersa zmieniła się w marmurowy pomnik nie wyrażający żadnych uczuć. Patrzył w milczeniu na zachmurzone  niebo błądząc przy tym we wspomnieniach. Tych bolesnych i nieprzyjemnych.
- Rodzina Hanningtona... - Zaczął podkulając nogi pod samą brodę. Wyglądał przy tym jak pięcioletnie dziecko zostawione na pastwę losu przez rodziców. To był chyba pierwszy raz kiedy Drake mógł zobaczyć jakim jest smutnym człowiekiem... I jaki ciężar dźwiga na barkach. Obraz Kersa, który wyglądał jak słaby i skrzywdzony człowiek był niecodzienny. - Zabili moją matkę. - Dodał po chwili, pozwalając aby to zdanie zawisło w powietrzu. Drake wpatrywał się w Kersa uważnie zastanawiając się czy młody Razentill czasem nie ściemnia ale nic tego nie wnioskowało. Niebieskooki szukał odpowiedzi na pytanie dlaczego Kers się tak przed nim otwiera. Błądził chwilę myślami gdzieś daleko po czym znowu skupił się na tym co mówi blondyn.
Drake spróbował wyciągnąć rękę do Kersa ale było to tak nieudolne, że natychmiast ją cofnął.
- Jeśli cię to obchodzi... Zdecydowałem się pójść na odwyk... I jeśli nie kłamiesz z tym Hanningtonem wezmę twoją stronę. Tylko nikomu ani słowa bo będę miał przejebane... - Drake opadł na łóżko i mrugnął porozumiewawczo do Kersa.
Blondyn nie mógł powstrzymać ciepła ogarniającego jego ciało i wpływającego falami na jego policzki. Drake mimo wszystko dostrzegł rumieńce na policzkach chłopaka.
- Zapłacę Ci za odwyk. Ale o tym też ani słowa nikomu. Jeszcze pomyślą że jestem miły - Uśmiechnął się lekko.
- Nie potrzebuję twojej kasy Kers. Rodzice coś poradzą... Po za tym... Nie chcę żeby ktoś zobaczył to zdjęcie. Więc... Ty mnie nie sypniesz zwłaszcza przed Jackiem a ja ci pomogę. - Drake wyciągnął rękę do Kersa z delikatnym uśmiechem.
- Chcę Ci pomóc, kretynie. - Mruknął pod nosem. I tak już podjął decyzję. Nie musiała podobać się Drake’owi. Uścisnął jego dłoń już ze swoim zwyczajowym uśmiechem na ustach.
-Trzeba by było ubrać Cię w coś porządnego skoro już masz przebywać w moim towarzystwie.
- Bardzo mi przykro ale jestem w szpitalu i muszę nosić tą okropną piżamę.-Drake westchnął cicho sięgając po butelkę wody.- Otwórz jeszcze jedno okno. Nie jest ci jakoś duszno?
- Nie żebyś grzeszył stylem poza nim. Przy twoich codziennych ubraniach ta piżama jest szczytem gustu,- Zażartował z wrednym uśmiechem i podszedł do okna.- Masz duży problem z mówieniem proszę, co Collins?
Drake westchnął cicho ale mimo wszystko uśmiechnął się delikatnie. Nieco poprawił mu się humor.
- Proszę... - Mruknął niezrozumiale pod nosem i sięgnął po komiks którego nie udało mu się przeczytać.-To może teraz mi powiesz co dzieje się w szkole?
Kers namyślił się chwilę po czym otworzył okno i upił spory łyk kawy.
- To zależy jak ładnie mnie poprosisz. - odparł spokojnym głosem. To niesamowite jak szybko ich relacje uległy ociepleniu. W zasadzie sam Kers w to nie wierzył. Drake zaśmiał się cicho ale radośnie. Tak prawdziwie jak jeszcze nigdy przedtem.
- Nie mam tyle siły żeby przed tobą klękać... Jeśli lubisz kwiaty to chętnie jakieś ci kupię co?
- Facet kupujący drugiemu kwiaty? To trochę gejowskie nie sądzisz? - Spytał pomijając wiele innych ,,gejowskich " rzeczy chodzących mu po głowie.
,,Niech Cię szlag Collins. To twoja wina, że tak się czuję. Skończony z Ciebie debil!" - pomyślał poprawiając się na parapecie.
- Niestety nawet nie znasz subtelnego języka kwiatów. To przykre. - Dopił kawę i wyrzucił kubek do śmietnika, tym razem bez zbędnych popisów. W tym momencie Kers nie miał ochoty chwalić się swoimi zdolnościami.
- Po pierwsze to ty zacząłeś kupować kwiaty innemu facetowi a po drugie w kwiaciarni powinni się na tym znać. Przy okazji spytam o te twoje kwiaty. - Drake zachichotał cicho po raz kolejny tego dnia. Miał wyjątkowo dobry humor.
- Dobrze że to nie bazylia nie? Słyszałeś kiedyś o tym że to kobieta powinna stwarzać sytuację a facet je wykorzystywać? - Niebieskooki wpatrywał się uważnie w Kersa próbując rozczytać jego emocje.
- Rozważałem bazylie. Przez jakieś trzydzieści minut. - Odparł chłodno, ale Drake już wiedział że to tylko powierzchowne wrażenie. Chłopak odnosił wrażenie, że z czasem co raz łatwiej mu rozczytać emocje młodszego Razentilla.
- Słyszałeś kiedyś o tym, że czasem lepiej zamknąć dziób? - Spytał nachylając się nad nim ze srogą miną, unosząc przy tym jedną brew. Zachowywali się jakby znali się od lat, przez tajemnice które zaczęli dzielić.
,,Muszę przyznać że nie jest taki zły..." - Westchnął pod nosem Drake uważnie wpatrując się w piękne oczy drugiego chłopaka aż zabrakło mu tchu. Serce jego kołatało niespokojnie.
- Gorąco prawda? - Niebieskooki chłopak widząc ,,srogą " minę Kersa parsknął śmiechem tak szczerym i radosnym jak jeszcze nigdy.
- Owszem trochę - Odparł odsuwając się delikatnie. Nadal patrzył w oczy koloru indygo z kołatającym sercem, ale szybko się uspokoił. To nie była naturalna reakcja jego ciała. Ciało Drake reagowało niemal w ten sam sposób. Jednak żaden z nich nawet tego nie zauważył.
- Zbladłeś Collins. Szpitalne powietrze nie robi ci najlepiej. - Odparł masując nadgarstek, który ciągle bolał jak jasna cholera.
- Szczerze? Tu jest do dupy... Właśnie... Co z tą ręką? Źle to wyglądało podczas meczu. Naprawdę źle... - Drake postawił bose stopy na zimnej posadzce i wpatrzył się w ścianę. Wciąż nie mógł uspokoić niespokojnego serca i szybkiego oddechu. Kers wzruszył tylko ramionami. Nie był w nastroju do pokazywania kolejnych słabości. A już na pewno nie przed Collinsem. Chciał jeszcze zachować twarz. Chociaż na chwilę.
- A co ma być? Poboli i przestanie. Nie musisz się martwić młotku.
- Ałć. Wiesz jak w jednej chwili popsuć nastrój. - Drake uśmiechnął się pod nosem i wstał chwiejnie z łóżka. Przetarł zaspane oczy po czym przymknął je czując ogromny ból głowy.  Kers zerknął na niego i zirytowany pchnął go z powrotem na łóżko. Już się nie odzywał, nie wiedział takiej potrzeby. Zakrył go kołdrą i zerknął na zegarek. Przy odrobinie szczęścia zdąży jeszcze skoczyć do biblioteki żeby oddać książkę, która wczoraj męczył cały wieczór. Wyciągnął okulary przeciwsłoneczne z kieszeni, nałożył je na nos i stanął w progu.
- Masz odpoczywać Collins. Nie odwalać striptiz na środku sali. Miłego dnia.-Chłód jego głosu kontrastował z radością oczu, ukrytą za szkłami. Po chwili szedł już białym korytarzem zatopiony w swoich myślach.

***
Drake wpatrzony w białą ścianę uśmiechał się przez chwilę pod nosem ale zaraz zstąpił na niego jak grom smutek i nostalgia. Rozglądał się po sali pustym spojrzeniem. Takie stany zdarzały się mu często. Nie zjadł śniadania a kiedy pełny talerz został wyniesiony i Drake został sam zaniósł się cichym płaczem. Szloch wyrywał się z jego wnętrza przypominając wycie śmierci.

***
Kers wsiadł do czarnej limuzyny i skinął na szofera. Nie mógł się spóźnić. Nie dzisiaj. Przez to całe zamieszanie zapomniał o wynikach egzaminu... A jeszcze musiał zanieść książkę do biblioteki. To zdecydowanie nie był najlepszy dzień na to żeby spóźnić się do szkoły.
- Ruszaj żesz! Nie mam ochoty się tu zestarzeć idioto! - warknął szukając w torbie opasłego tomu poezji.
,,Cholera Collins. To wszystko twoja wina.  Zajmujesz mi zdecydowanie za dużo czasu.  Jak wrzód na dupie" - Pomyślał z przekąsem ale i lekkim rozbawieniem. Nie poznawał samego siebie. Przez te kilka dni tak wiele się wydarzyło. Chyba po prostu był już tym wszystkim zmęczony. Wyżył się więc na swoim lokaju, który osobiście też miał już tego wszystkiego dość. Na prawdę nie mógł doczekać się emerytury... Albo powrotu Gerarda. Tylko ten stary pryk potrafił zrozumieć blondwłosego diabła.
- No pośpiesz się!
- Nie mogę paniczu... Stoimy w korku...- uderzył w klakson jakby na potwierdzenie swoich słów.
- Mam to gdzieś. Nie rozumiesz że nie mogę się spóźnić? Za co Ci płacą?
Szofer westchnął i wpatrzył się w sznur samochodów przed sobą, który nie drgnął nawet o centymetr. ,,Na pewno nie za słuchanie Twojego marudzenia"- pomyślał zaciskając dłonie na kierownicy.

***
Drake łkał cicho jeszcze przez chwilę po czym uspokoił się nieco... Kiedy przyszła do niego pielęgniarka zmienić kroplówkę chłopak westchnął głośno.
- Kiedy będę mógł wrócić do domu? – pusty wzrok chłopaka powędrował w stronę młodej pielęgniarki, która była jedną z niewielu osób, które pomagały Drake’owi zażegnać nudę.
P: Musimy zatrzymać pana jeszcze kilka dni na obserwacji. Niedługo będzie pan w domu. - Kobieta uśmiechnęła się miło i wyszła z sali cicho zamykając drzwi.

***
Samochód z piskiem opon zatrzymał się na obszernym parkingu z kostki brukowej zajmującym niemal taką samą powierzchnię jak biblioteka. Kers wysiadł z niego trzaskając drzwiami, uprzednio oznajmiając kierowcy że do szkoły pójdzie pieszo bo ma dość oglądania jego ,,wkurwiającego ryja". Ruszył z gracją do wielkich, dębowych drzwi wspinając się po marmurowych schodach. Na około było pełno ludzi robiących sobie zdjęcia i rozmawiających. W jednej chwili blondyn poczuł się bardzo samotny. W końcu jednak potrząsnął głową i pchnął drzwi. Biblioteka mieściła się na dwóch piętrach, z czego każde miało inny zbiór książek. Na parterze swoje królestwo miały dzieci, na drugim młodzież i dorośli a trzecie przeznaczone było na literaturę naukową. Aby wypożyczyć książkę należało odszukać w gąszczu regałów podłużną ladę i siedzącą za nią starszą panią w okularach w stylu lat 60. Kers nie cierpiał tej baby ale zawsze był uprzejmy. Zbyt często tu bywał aby wybrzydzać. Po za tym była to jedna z lepszych bibliotek w mieście. W swoich zbiorach mieściła wiele unikatowych książek, których gdzie indziej nie można było wypożyczyć.
- Dzień dobry. Chciałem oddać książkę. - Położył tom na ladzie wraz z kartą biblioteczną, zerkając na zegarek.
,,Zdecydowanie Collins zajął mi zbyt dużo czasu... I pomyśleć, że zawarłem umowę z taką małą wszą. Ech... Co do cholery się ze mną dzieje? "
Kobieta ubrana w ciemną garsonkę przeszła przez ogromne drzwi biblioteki i zdjęła okulary przeciwsłoneczne. Jej ciemne włosy opadły na delikatne, wątłe ramiona a klatka piersiowa unosiła się niespokojnie i szybko tak jakby kobieta przebiegła maraton. Prawdą było że bardzo się śpieszyła. Ogarnęła wzrokiem bibliotekę i szybko ją przemierzyła. Tak jakby wiedziała czego szuka. Jej czerwone szpilki stukały rytmicznie o kafelki. Kobieta podeszła do lady trzymając w dłoni opasły tom książki ulubionego autora jej syna. Zerknęła na chłopaka przed nią i chrząknęła wyciągając kartę biblioteczną.
- Mogłabym załatwić coś przed tobą? Bardzo się śpieszę. - Kobieta zerknęła nerwowo na zegarek i poprawiła włosy. Nie zostało jej wiele czasu. Musiała jeszcze odwiedzić syna i pędzić do pracy. Naprawdę zależało jej na czasie. Każda minuta była cenna. Kres odwrócił się zirytowany, z wyjątkowo nieuprzejmym - a może nawet niegrzecznym - komentarzem na ustach jednak zamarł w pół słowa widząc te cholerne oczy koloru indygo. Przez kilka tyknięć zegarka stojącego obok siwej kobiety nie mógł się ruszyć, sparaliżowany własnymi myślami. W końcu jednak odchrząknął, przesunął się i mruknął pod nosem niezadowolony ,, byle szybko". Przez tę krótką chwilę zastanawiał się czy Drake ma siostrę bliźniaczkę, jednak kobieta była zbyt... dojrzała, aby walczyć o to miano. Jednak kiedy dostrzegł nazwisko na karcie nie było pomyłki. Kobieta była matka Collinsa.
,,Czy ja jestem przeklęty czy coś, że tak ich do siebie przyciągam? Nie dość, że tamtego debila mam na głowie to teraz jeszcze dostąpiłem tego wątpliwego zaszczytu ,,rozmowy" z jego rodzicielką... Co dalej? Romantyczna kolacją przy świecach? " – Pomyślał z goryczą mrucząc przy tym oczy i wykrzywiając usta w niezadowolonym grymasie.
- Dziękuje... – uprzejmy uśmiech kobiety kontrastował z jej nerwowym spojrzeniem. Jeszcze raz spojrzała na chłopaka. No tak... Nie mogło być mowy o pomyłce!
- Jesteś tym chłopcem który odwiedza mojego syna. Mąż mi o tobie opowiadał. To przez ciebie nasz syn podjął dobrą decyzje.~
Blondyn zamrugał i spojrzał na kobietę jak na opętaną. Jaką dobra decyzję? Przecież on tylko załatwiał swoje sprawy. Czy ta obłąkana kobieta sugerowała że to dzięki niemu Drake poszedł na odwyk?
- Ale ja... Nic...nie...- Zaplątał się i zakłopotanie wpłynęło na jego twarz. Nigdy wcześniej nie był w takiej sytuacji.
- Książkę należy oddać do końca następnego miesiąca. - Bibliotekarka za lady poprawiła okulary przerywając tym samym rozmowę.
- Och... Dziękuje. – Nerwowe spojrzenie na zegarek i już po chwili kobieta opuściła bibliotekę.
Kres patrzył za kobietą przez chwilę po czym przesunął książkę bliżej bibliotekarki ze skwaszoną miną. Miał już w cholerę mało czasu. Właściwie tylko cud pozwoli mu zdążyć na pierwszą lekcję. Kobieta postukała swoimi wymalowanymi paznokciami o klawiaturę. Kers odnosił wrażenie jakby to stukanie roznosiło się echem w jego głowie.
-Mam nadzieję że lektura się podobała. - Wyuczony uśmiech jeszcze długo nie schodził z ust bibliotekarki.

***
Kobieta w ciemnej garsonce weszła do szpitala pospiesznie i równie szybko odnalazła sale w której leżał jej syn. Miała niewiele czasu ale nie wyobrażała sobie, że nie odwiedzi swojego jedynego dziecka w szpitalu. Właśnie teraz potrzebował jej najbardziej. Nawet jeśli Drake nigdy się do tego nie przyzna, każda matka czuje takie rzeczy. Może jej mówić, że jest natarczywa ale on i tak wie swoje.
- I jak się czujesz? – pytanie zawisło przez chwilę w powietrzu. Kobieta nie naciskała. Dała synowi czas na pozbieranie myśli. Wiedziała, że jest mu ciężko ale mimo wszystko starała się zachować dobrą minę. Nie chciała dodatkowo go martwić. To było zbędne.
- Źle.. Chce wrócić do domu.
- Drake... Wiesz że to dla twojego dobra. – Jej ciepły i spokojny głos rozniósł się echem po sali. Oczy koloru indygo powędrowały w stronę otwartych okien. Zimny wiatr wdarł się przez nie porywając do dzikiego tańca białe, koronkowe firanki. Kobieta machinalnie z troską zamknęła je. Ten dzień nie należał do najcieplejszych.
- Gówno prawda..
- Drake. - Westchnęła w końcu ciężko i poczochrała syna po włosach. Wiedziała, że się złościł. Ludzie to tylko ludzie. Nie miała mu za złe tego, że się irytuje.
- Mam coś dla Ciebie. Wypożyczyłam z biblioteki. - Powiedziała wyciągając książkę z torebki. - Spotkałam też Twojego kolegę. Tego słodkiego blondynka.
Drake zaśmiał się cicho dość ironicznie.
- On wcale nie jest taki na jakiego wygląda... Tata ci powiedział? - Odwrócił wzrok powoli i przejrzał książkę dokładnie nie chcąc patrzeć na matkę. Bał się jej reakcji... Teraz czuł się kompletnie jak małe dziecko, które zrobiło coś złego.
- O tym że idziesz na odwyk? - Spytała z uśmiechem. - Cieszę się Drake. Bardzo. - Przytuliła syna mocno z wielką matczyną miłością jaka trudno sobie wyobrazić. Już dawno nie była tak dumna jak dziś.
- Tata też tak gadał ... O czym ta książka? - Przymknął oczy. To ciepło bijące od jego matki. Już dawno tego nie czuł
- Mamo? – Spojrzał na nią szukając odpowiedzi w jej oczach.
- To? Nie mogę ci powiedzieć bo wtedy nie przeczytasz. To twojego ulubionego autora. Mam nadzieję, że ci się spodoba. - Uśmiechnęła się szeroko zapinając zamek w swojej torebce.
- Ten twój kolega jest bardzo miły. Przepuścił mnie w kolejce. Obracasz się w bardzo dobrym towarzystwie.
- Nie wierzę... On taki nie jest mamo. Po za tym to nawet nie mój kolega… Ben jest moim przyjacielem i inni. Ale on.. Nigdy… - Drake otworzył powoli książkę chcąc dać kobiecie do zrozumienia, że to nie jest najlepszy temat do rozmów w tej chwili.
- Och ale dlaczego tak mówisz. Chłopak się stara. Nawet cię odwiedzał.-Powiedziała z lekkim zdziwieniem wymalowanym na twarzy jednak po chwili odpuściła. Wiedziała, że lepiej nie męczyć syna niepotrzebnymi spięciami i wymianami zdań. Zerknęła na zegarek i zmarszczyła brwi posępnie.
- Muszę już zmykać. Do zobaczenia później skarbie. - Na pożegnanie ucałowała syna w czoło i pośpiesznie ruszyła do drzwi.
- Zasiedziałam się... - Chłopak westchnął tylko głośno.
- Jasne... Musisz pracować. Kup mi słodycze... I przyjdź z tata. - Drake zamknął oczy po czym uśmiechnął się pod nosem. Poczuł nagłe zmęczenie ale jeszcze raz spojrzał na matkę.  Kobieta skinęła głową i z uśmiechem pobiegła do pracy. Ledwo udało jej się zdążyć, ale musiała odwiedzić Drake w szpitalu. W końcu to jej jedyne, najukochańsze dziecko.
Chłopak czytał książkę uważnie skupiając na niej całą swoją uwagę. I wyszło mu to lepiej niż wczoraj z komiksem. Zastanawiał się czy Ben go odwiedzi... Chciał się pochwalić tym co zadecydował.

***
W szkole było spokojnie i Bendix miał wrażenie że to tylko cisza przed burzą. Czuł to w kościach nawet w drodze do szpitala, kiedy prawie poślizgnął się na mokrym liściu i wypadł na jezdnie. Czuł się nieswojo i było to po nim widać, jednak nic nie mógł zrobić. Westchnął i uniósł wzrok na budynek szpitala.
,,Wejdę tam i przekonam go do odwyku... Mam już przecież napisaną całą przemowę. Musi się zgodzić" - Wziął jeszcze głęboki wdech i przekroczył próg sali. Ben wierzył w powodzenie swojej misji.
-Ben. Mam super wiadomość wiesz?! Zgodziłem się...  - Drake wyszeptał cicho nieco zmieszany i speszony. Nie chciał żeby wszyscy w szpitalu wiedzieli o jego uzależnieniu. Tego naprawdę nie chciał… Chłopak uśmiechnął się promienie do przyjaciela.
- Co? To po jaką cholerę ja wymyślałem tą całą przemowę i mowę motywujące? - Spytał rozżalony ale szczęśliwy. Nawet jeśli jego plan spalił na panewce nie mógł się nie cieszyć z decyzji jaką podjął jego przyjaciel.
- Kto Cię namówił? - Pokazał rząd równych białych zębów.
Drake uśmiechnął się słabo nie chcąc dać po sobie poznać że nie najlepiej się czuje. To nie był jego najlepszy dzień. Ciągle zdarzały mu się zmiany nastroju i jego zdrowie również szwankowało.
- Pielęgniarka. - Powiedział jakby z dumą a jego dłonie splotły się nerwowo przez co kołdra okrywającego jego ciało zmarszczyła się nieco.
- Nie wiem czy dam radę. Boję się... Cholernie się boję. - Chłopak westchnął cicho przyglądając się przyjacielowi. Bał się i dla tego teraz potrzebował wsparcia. To był czas, w którym Drake tej pomocy oczekiwał nawet jeśli się do tego nie przyznawał.
- Powiedz mi Ben... Co w szkole? Widzisz... Karaluch tu był ale nie chciał mówić. - Widząc zdziwioną minę przyjaciela chłopak pośpieszył z wyjaśnieniem.
- Kers był.
- O...och... Był tu? Wspomniał że chce zapłacić za twoje leczenie? - Spytał Ben ciskając przemową do kosza z triumfalnym uśmiechem. - I chcesz mi powiedzieć ze jakaś obca baba zrobiła to czego ja nie byłem w stanie? To dołujące stary. - Teatralnie otarł łzę jednak szeroki uśmiech na ustach go wydał. Oparł się o ścianę przy łóżku i wziął głęboki wdech.
- Było w miarę spokojnie. Poza tym że Kers i Jack patrzą na siebie jakby chcieli się pozabijać... No i Jack mi groził... Kers też ale mam wrażenie że ten miał przynajmniej dobre intencje...
-Wspominał. I nie obca baba... Wiele zrozumiałem dzięki niej. - Drake westchnął cicho uśmiechając się delikatnie.
- No tak... A ja to co?- westchnął i zbliżył się do niego.- Kersowi strasznie zależało na tym żebym Cię przekonał... Mam takie wrażenie że Cię polubił. Dziwne nie? Przecież on lubi tylko siebie.
Drake zaśmiał się cicho i spojrzał na przyjaciela niedowierzając.
- On mnie? Śmieszne ~ Hahahahaha~ Ja  jestem tylko pionkiem. Po za tym mam ciebie!
- Pionkiem? - Bendix zmarszczył brwi w zamyśleniu.
- Jest coś o czym powinienem wiedzieć Drake? - Zaniepokoił się ale dobrze wiedział co przyjaciel mu powie.
- Nie gadaj że.... O Stary będzie się działo...
- Widzisz... Wolę Kersa od Jacka. Gdybym mógł nie obrałabym żadnej strony ale wiesz...- Westchnął cicho odkładając książkę powoli na mniejszy stolik. Będzie musiał zacząć czytać od nowa. Wybił się z rytmu i kompletnie zapomniał o tym co zdążył przeczytać zanim przyszedł Ben.
- No mów czego się dowiedziałeś a nie! - Usiadł przed nim zainteresowany. Wyglądał trochę jak stara plotkująca baba, która nie może się doczekać aż usłyszy kolejną nowinę.
- Nie wiem czy mogę mówić... Strasznie delikatna sprawa. - Drake odwrócił wzrok speszony. Nie wiedział co ma robić... Czuł jakąś dziwną więź która łączyła go z blondynem. To było niemal nie do pomyślenia ale teraz stało się to całkiem możliwe.
- Nie chcesz, nie mów. Tym bardziej, że chodzi o Razentilla a wolał bym nie mieć z nim na pieńku... W końcu to diabeł wcielony. - Zaśmiał się robiąc kły z palców wskazujących i głupią minę. Cieszyła go decyzja przyjaciela i tylko to się liczyło. Nie jakieś głupie kłótnie innych.
- Rany... Nigdy nie sądziłem że razem będziemy po stronie Kersa... NIGDY.
- No widzisz. Kto by się tego spodziewał ~ Ale uważam że to dobra decyzja a ty? - Drake westchnął cicho po czym spojrzał na przyjaciela.
- Nie wiem stary... Nie wiem czy cokolwiek tutaj jest dobra decyzja. – Oczy koloru indygo przez chwilę wpatrywały się uważnie w drugiego chłopaka.
- Powiem ci ale gęba na kłódkę Ben.
- Jestem ciekawy więc mów. - Ben uśmiechnął się szeroko.
- Uwierzysz że Jack i Kers byli kiedyś najlepszymi przyjaciółmi? Dowiedziałem się że matka Kersa została zamordowana przez jakiegoś pendraiwa a Kers jako dzieciak... - Drake wzdrygnął się mocno jakby zobaczył przed chwilą coś naprawdę okropnego i obrzydliwego.
- Był molestowany w szkole…
- O... oooo...- Na chwilę zapadła cisza przerywana jedynie tykaniem zegara i odgłosami ulicy.
- Rozumiem że to skrócona wersja... To nawet lepiej... Kurczę... Nieciekawie.
- Ano skrócona... - Chłopak wzdrygnął się a słowa Kersa wciąż dudniły mu w głowie. Słowa z tego dnia kiedy otworzył się przed nim i kiedy Drake widząc go skulonego i przygnębionego zapragnął go objąć. Zaraz... Chwila! Drake patrzył w ścianę. Objąć? Tego karalucha... Bezwzględnego karalucha?
- Ben... A co jeśli ja też go lubię?
- To jakiś Coming out? Bo jeśli tak to chyba trzeba załatwić szafę, zaprosić rodzinę i znajomych, i zorganizować ustawioną zabawę w chowanego. - Zaczął wyliczać z poważną miną ale po chwili parsknął śmiechem.
- Nie wiem. Jeśli go lubisz to chyba lepiej... Mniej będziesz się męczył. W końcu nie wiemy kiedy to się skończy...
- Chciałbym żeby to nigdy się nie zaczęło... Ale jestem pewien że szybko to się nie skończy. - Drake przymknął oczy czując nagłą fale zmęczenia. Kolejną, która nawiedziła go tego dnia.
- Na razie jest w miarę spokojnie. Martwię się o to jak będzie później... No wiesz... Jack się wkurzy, że to jego propozycje odrzuciłeś a Kers będzie świętował zwycięstwo. Może się skończyć kolejną bójka... No i dyrekcja bacznie ich obserwuje. Wszyscy w szkole odczuwają to wszystko. A no i jest jeszcze Liz. Tej to w ogóle namieszali.
- Wiesz o tym że Jack może mnie wydać a wtedy najprawdopodobniej wyrzucą mnie ze szkoły bo niby jak im udowodnię, że nie brałem co? Wpadłem po uszy. Jestem między młotem a kowadłem.
- Myślę że Kers weźmie Cię w obronę... Wiesz. Powie że mieliście układ, chcieliście zdobyć dowody ze Jack handluje... Razentill to cwana bestia.
- Wiem ale spójrz na to z innej strony. Co on będzie z tego miał? Co mu da to, że stanie w mojej obronie? Wszystko mi się miesza Ben. Wolałbym żeby było jak kiedyś.
Chłopak tylko wzruszył ramionami. W głowie poważnie wszystko rozważał.
- O to już musisz pytać naszego blond aniołka. Niestety nie wiem co mu siedzi w głowie. Mało kto to wie. - Ziewnął i przeciągnął się na taborecie. Myślał o tym jeszcze chwilę, próbując chociaż w małej części rozgryźć blondyna ale jego próby spełzły na panewce.
- Na razie jest dobrze więc musimy się skupić na tym ,, na razie". – Bendix uśmiechnął się delikatnie próbując uśmiechem dodać otuchy swojemu przyjacielowi.
- Na razie... Tylko ile to na razie będzie trwać? Wiesz że teraz muszę mieć spokój i skupić się przede wszystkim na sobie. Ech... Męczące… Poszedłbym gdzieś z tobą. – Drake rozmarzył się snując już plany na czas kiedy wyjdzie ze szpitala.
- Prawda. Skoczyli byśmy na kręgle albo coś... A że musisz tu leżeć to strasznie mi się nudzi... Chociaż jutro mam trening siatkówki... Z Kersem. A to znaczy że nie będę mógł się ruszyć przez miesiąc.
- O której ten trening? Chętnie przyjdę... Popatrzę jak was męczy mój ''ulubiony'' karaluch. - Drake zaśmiał się cicho ale pogodnie. Trening z siatkówki przypomniałby mu jego stare czasy.
- O 16:30 zaraz po lekcjach. Wypuszcza Cię stąd? - Zakręcił palcem kółko w powietrzu. - Męczy to za słabe słowo... On nas wykańcza. Dosłownie. Ale to też ma swoje plusy.
- Czy wypuszczą to nie wiem... Ale mam względy u jednej pielęgniarki. A jak u niej nic nie wskóram to tata coś załatwi. Przecież musicie być najlepsi Ben!
- Wiesz co jest najgorsze? Że jeśli przegramy to Kers nas pozabija. Dosłownie. Jest do tego zdolny. - Wzdrygnął się na samą myśl i wspomnienie krwiożerczej aury chłopaka. Drake zaśmiał się cicho wyobrażając sobie mord Kers na szkolnej drużynie siatkówki.
- Bo musicie być najlepsi!~
- Zobaczysz jak sam zaczniesz chodzić do tego piekła... - Jęknął masując obolały kark.
- Ja? Nie ma takiej opcji stary. Nigdy nie wrócę do swojej starej formy i dawnych treningów. - Chłopak zakaszlał cicho patrząc przyjacielowi prosto w oczy. Gdzieś w głębi duszy miał nadzieję że wróci to co stracił ale bał się w to uwierzyć... Już dawno stracił wiarę w siebie.
- Może wrócisz. Nie znam się na uzależnieniach na tyle żeby powiedzieć ci to ze stu procentową pewnością ale... No wiesz... Nam taką nadzieję. Fajnie by było.- Podrapał się w tył głowy. Poczuł się trochę niezręcznie tak naciskając na przyjaciela. No i musiał przyznać się do niewiedzy a tego bardzo nie lubił.
- Nie chce nastawiać się na to że wrócę a później jak przyjdzie co do czego to tylko będę się przyglądał... Wolę nie wysuwać dalszych planów bo nie wiem jak to się wszystko skończy.... Może odwyk mi wcale nie wyjdzie co? I wtedy nie zawiodę tylko siebie ale także ciebie, rodziców i przyjaciół.
- I Kersa bo nie wiem do której kategorii go zaliczasz. - Uderzył go po przyjacielsku w pierś uśmiechając się przy tym radośnie.
 -Wyluzuj. Będzie dobrze zobaczysz. No i ile przestaniesz być takim pesymistą.- Spojrzał na zegarek czując, że zaraz go stąd wyrzucą ale nie ruszył się z miejsca nawet o centymetr. Najwyżej ochrona go wyniesie. Taki darmowy transport wprost pod drzwi.
- Hmm... Kersa można zaliczyć do grona naprawdę wrednych zwierzątek -Drake zaśmiał się cicho wyobrażając sobie Kersa jako ogromnego karalucha. To naprawdę poprawiło mu humor.
- Przyganiał kocioł garnkowi. - Młodzi mężczyźni jednocześnie skierowali wzrok na drzwi o framugę których opierał się Kers. Jego lodowate niebieskie oczy przeszywały ich swoim spojrzeniem, pozwalając aby ich myśli obrały nowy tok. Schował telefon do kieszeni spodni i podszedł do łóżka. W ciszy która nastała jego kroki były dziwnie głośne i metaliczne, mimo że chłopak poruszał się z niezwykłą gracją. Zmarszczył groźnie brwi mijając skulonego Bendixa którego uszy przybrały kolor pomidora.
,,Zawstydził się... Niesamowite jak łatwo ciało może nas zdradzić." - Na jego ustach pojawił się wredny uśmieszek.
- Przyniosłem ci sok i wodę Collins. Doceń to. - Postawił na jego szafce wodę za pięć dolarów oraz świeżo wyciskamy sok za drugie tyle. Przybrał przy tym minę totalnego wyjebania udając, że nic go nie obchodzi reakcja chłopaka. A obchodziła. Jak nigdy. Drake westchnął cicho obserwując uważnie Kersa po czym spojrzał na przyjaciela.
- Stać mnie na sok a po za tym... Rozmawialiśmy. Z reguły puka się za nim  gdzieś się wejdzie prawda? - Niebieskooki szturchnął przyjaciela który wyraźnie zbladł. Czuł wyraźnie, że Ben odczuwa jakiś respekt przed blondwłosym ,,aniołkiem”.
- Pukałem. Byłeś tak zaaferowany obrażaniem mnie, że nie usłyszałeś Collins.-Wzrok blondyna powędrował na usta wyższego pacjenta. Przez chwilę trwał w bezruchu pełen wahania i wątpliwości jednak zaraz odsunął się.
- Nie podsłuchiwałem jeśli o to ci chodzi. Przyszedłem dwie minuty temu Sherlocku ale widzę, że moje towarzystwo jest zbędne. - Kers nie wiedział czemu poczuł się tak dziwnie i źle, czemu jego serce zabiło boleśnie, i czemu do jasnej cholery robi taką patetyczną minę. Przez chwilę w jego głowie zagościło bardzo bolesne słowo : odrzucony.
,,Pieprzony Collins! Skoro chce mnie obrażać czemu nie zrobi tego w mojej obecności?! Podły drań!" - Zacisnął ręce w pięści i obrażony ruszył do wyjścia.
- Spokojnie spokojnie karaluszku. Skoro już chcesz oddychać tym samym powietrzem co my i się nie udusisz to zostań. - Drake wyszczerzył się radośnie i ujął butelkę wody w dłonie.
-Na pewno nie zatruta? – Drake zlustrował wzrokiem młodszego Razentilla szukając jakichś oznaków zdenerwowania blondyna ale nic takiego nie znalazł. Blondyn natomiast zmroził go lodowatym spojrzeniem i usiadł na parapecie zirytowany.
- Dodałem arszeniku. - Mruknął sarkastycznie nie spuszczając wzroku z Drake'a. Wiedział, że chłopak chciał rozluźnić atmosferę ale chyba spodziewał się czegoś więcej niż żartów i zaczepek... Drake zaśmiał się cicho.
- Żegnaj świecie. - Upił łyk wody z uśmiechem. Bendix także zaśmiał się radośnie zerkając na Kersa, który w ogóle nie zwracał na nich uwagi. Patrzył przez okno naburmuszony i pogrążony we własnych myślach.
- No i co się tak dąsasz co? Psujesz nastrój. - Drake przechylił się i dźgnął palcami Kersa w żebra z szerokim uśmiechem. Poczuł niepohamowaną chęć rozweselenia blondyna co strasznie go zdziwiło. Na usta Kersa z każdym kolejnym tyknięciem wpełzał radosny uśmiech.
- No przestań no! - Krzyknął roześmiany.
- Nie mam zamiaru. Bo czemu miałbym przestać nie Ben? - Zaśmiał się cicho.
- Nie mieszaj mnie w to. – Ben również zaśmiał się radośnie obserwując jak Drake zaczyna łaskotać Kersa. Oboje śmiali się głośno i szczerze. Z jego perspektywy było mu łatwiej ocenić co właściwie się dzieje.
- Jeny... Nigdy w życiu tak śmiertelnie nie zmęczyłem się łaskocząc kogoś.-Drake zaśmiał się cicho opadając delikatnie na łóżko.
- Sok świeży?
- Zgon - Mruknął Kers ocierając łzy z policzków. - Oczywiście ze świeży! Za kogo ty mnie masz?!
- Powiedziałbym ci ale wolę zachować to dla siebie.
Kres prychnął zirytowany i nadął zabawnie policzki.
- Pierdol się Collins.
- Ale że z tobą? No wiesz Kers. Może zachowałaś byś te propozycje na później kiedy nie będziemy mieć świadków. - Drake parsknął śmiechem zerkając na swojego przyjaciela.  Na policzki blondwłosego chłopaka wstąpił lekki rumieniec który od razu postanowił ukryć. Czuł jak serce mu przyśpiesza i nawet jeśli miał to być tylko żart to w głębi duszy miał nadzieję, że nie jest mu do końca obojętny.
,,Jestem głupi... Przecież ja ledwo go znoszę. Przecież się nie zakochałem. To głupie."
- Po prostu się odwal okej?! - Zaskoczył z parapetu i podszedł do drzwi zdenerwowany. Bendix tylko chrząknął.
- Pewnie. Odwale się. Raz na zawsze. - Drake nadąsał się popijając sok ze szklanej butelki. Poczuł, że atmosfera wyraźnie uległa zagęszczeniu.
- Jesteś debilem Collins! Niczego nie rozumiesz! - Wyszedł z sali trzaskając drzwiami. W głowie miał zupełny mętlik - chciało mu się i płakać, i śmiać. To nie Drake, tylko on nie rozumiał co się z nim dzieje. Bywało, że ciągnęło go do płci przeciwnej ale jeszcze nigdy nie był przerażony tak jak teraz. Zanim wyszedł ze szpitala wpadł na trzy pielęgniarki i sześciu lekarzy, przy okazji ciągle gubiąc drogę.
- Jak baba! Wkurzający! - Drake nadąsał się wyrzucając sok i wodę. Był zły ale też nic nie rozumiał. Nie rozumiał zachowania Kersa i nie rozumiał co sam czuje. Ben spojrzał na przyjaciela i westchnął ciężko.  W jednej chwili spoważniał. Cała ta scena wydawała mu się oderwana od rzeczywistości ale jako bierny obserwator lepiej ją zrozumiał.
- Co cię łączy z Kersem? - Zapytał w końcu ostrożnym tonem. Przede wszystkim nie chciał denerwować przyjaciela.
- Słucham? Co ty mi insynuujesz Ben?! Ja go nie lubię i on mnie tak samo.
- Oboje jesteście głupi czy ślepi? - Wstał z taboretu i podszedł do okna. Zapatrzył się na park spowity w kolory jesieni. Jeden z piękniejszych widoków jakie mógł sobie teraz wyobrazić Ben.
- Słucham?! Nie wiem o co ci chodzi! Denerwujesz mnie... - Drake mruknął pod nosem patrząc w ziemię. Nie rozumiał przyjaciela a może po prostu nie chciał tego rozumieć. Nie odnajdował się kompletnie w tej sytuacji.
- Zastawiałeś się kiedykolwiek czy... No nie wiem... Czy Kers ci się podoba?-Obrócił się w jego stronę z poważną miną. Dobrze wiedział co właśnie sugeruje przyjacielowi ale nie mógł znieść tego całego napięcia.
- Słucham?! Nigdy w życiu. Nie jestem gejem a Kers bądź co bądź nie lubię go okej? Może tobie się podoba. – Oburzony głos Drakea odbił się echem od ścian Sali szpitalnej. Bendix wzruszył ramionami.
- Jest niczego sobie jeśli musisz znać moją opinie. Ale tylko z wyglądu. Nie oceniam cię, ale żeby potem nie było, że mam rację i będziesz po uszy zakochany. Tak tylko mówię. - Uśmiechnął się delikatnie chcąc trochę ostudzić atmosferę.
- Ja? Po uszy zakochany?! Mam inne rzeczy na głowie niż jakieś nic nie znaczące miłości. Może on się zabujał ale ja nie. - Bendix miał ochotę śmiać się widząc reakcje przyjaciela, mimo wszystko poprzestał na delikatnym uśmiechu. Uporczywe zaprzeczanie chłopaka było zabawne. To tak jakby bał się przyznać, że to wszystko co mówił Ben jest całkiem możliwe.
- Oczywiście. W stu procentach ci wierzę. Zwłaszcza, że strasznie się czerwienisz. Ale oczywiście to nic nie znaczy. Bycie gejem to nic złego stary. Będę cię wspierał. Serio. Tylko kiedy organizujemy coming out? Muszę skołować szafę. - Udał że przegląda katalog Ikei z miną konesera.
- Przestań! W nikim się nie zabujałem! - Drake nadąsał się patrząc w ścianę.
Bendix wybuchnął w końcu niekontrolowanym śmiechem. Kiedy już przestał płakać, nadal trzymając się za brzuch chwycił torbę.
- Zbieram się. Wpadnij jutro na trening Ślepy Zakochańcu. - Pomachał mu na odchodnym nadal śmiejąc się pod nosem.
- Teraz to już nie wiem czy przyjdę. To bez sensu..
- Przyjdziesz. Wiem, że chcesz. - Odparł z uśmiechem i wyszedł. Bendix zbyt dobrze znał swojego przyjaciela. Dla niego było oczywiste, że nawet jeśli Drake się teraz dąsa to nie odpuści sobie przyjścia na trening. Nie musiał jeszcze iść ale chciał dać przyjacielowi czas na przemyślenie paru rzeczy. Może niepotrzebnie zaczynał temat orientacji chłopaka? Przecież Drake dopiero co zdecydował się na odwyk, a on już tworzy mu nowe problemy.
,,Ale jestem głupi..." - Pomyślał wzdychając ciężko. Jego wzrok powędrował ku nijakiemu jesiennemu niebu. - ,,Na prawdę głupi."
Drake mruczał coś przez chwilę pod nosem zdenerwowany. Jego samopoczucie uległo całkowitej zmianie na gorsze.

***
Kers po powrocie do domu od razu wyszedł z psami na spacer. To pozwoliło mu ukoić nerwy i pomyśleć. Nie był głupi, wiedział co się z nim dzieje ale jakoś nie chciał tego do siebie dopuścić. Collins mieszał mu w głowie, sprawiał że myśli obierały niechciany tor a serce chciało wylecieć z piersi. Ba... Sprawiał że on - wredny dupek z kryształem lodu zamiast serca - pragnął mu pomagać ze wszystkich sił. Psy zaczęły ujadać ale blondyn nie zrobił nic żeby je uciszyć. Najchętniej spuścił by je ze smyczy i pozwolił pobiegać po liściach i żółknącej już trawie. Nie zwracał szczególnej uwagi na otoczenie, pochłonięty własnymi myślami. Właśnie teraz najbardziej potrzebował drugiej osoby. Ale nikogo dla niego nie było i musiał się z tym pogodzić. Zniósł by nawet Josha... Nawet ojca. Prychnął zirytowany, kopiąc kamień, przez co rottweilery wyrwały do przodu, ciągnąc go za sobą.
- Cholera jasna! - Krzyknął szarpiąc za grube smycze. Jeszcze chwila i wylądował by na bruku.

Drake stał oparty o parapet. Jesienne liście przypominały mu o  dzieciństwie.. Pełnym radości... Drake już dawno zapomniał o tamtych czasach. Umiał tylko żyć narkotykami... Bał się…

Blondyn spojrzał w górę na szpitalne okna. Dostrzegł chłopaka wpatrującego się w park w zadumie. Zastanawiał się o czym tamten myśli i nagle dużo ważniejszym zaczęło dla niego być czy grzywka mu dobrze leży, czy jeansy dobrze wyglądają... Oczywiście wygląd był dla niego ważny dużo wcześniej ale nagle wszedł na zupełnie inny poziom.
- Cholera jasna... - Powtórzył pod nosem ganiąc się za takie myśli.
,,To nie może tak wyglądać. Muszę się uspokoić i ochłonąć..."
- Fajnie ci te dżinsy tyłek opinają Kers - Drake uśmiechnął się pod nosem wyglądając przez okno. Blondyn wziął głęboki wdech i pokazał chłopakowi środkowy palec z szerokim uśmiechem. Trochę dla żartu, trochę na serio. Przy okazji postanowił, że zrobi sobie wakacje i nie będzie go odwiedzał w najbliższym czasie. Musi się ogarnąć...
- Serio mówię blondasku~ - Drake zaśmiał się cicho wpatrując się w Kersa. Blondyn odwrócił się na pięcie i poszedł w swoją stronę uśmiechając się radośnie. Psy podreptały za min zadowolone.
,,Na przyszłość zamykaj okno Collins". - Zaśmiał się .
Drake śmiał się cicho pod nosem i po chwili zamknął okno powoli. Drake położył się w łóżku dziwnie zmęczony. Chyba rozumiał już o co chodzi... On...  Chociaż wiedział o co chodzi nie chciał dopuścić tego do myśli.

***
Chłodne jesienne powietrze rozwiało włosy starszego Razentilla opierającego się o jedno z drzew. Podszedł do zamyślonego brata powoli i bez pośpiechu, marszcząc przy tym brwi. Obserwował Kersa i już zaczynał rozumieć co tamten chce zrobić.
- Odpuść Kers. - Powiedział wsuwając dłonie do kieszeni. Doskonale rozumiał ból brata i jego rozterki ale to co chciał zrobić Kers było po prostu niewłaściwe. A przynajmniej tak sądził. Błękitne oczy młodszego blondyna skierowały się nań pełne chłodu i niezadowolenia.
- Przestań mi mówić co mam robić Josh. Nie jestem dzieckiem...
- Jesteś. Tak się zachowujesz. Jak rozpieszczony szczyl. Rozumiem co czujesz ale w ten sposób skrzywdzisz wielu ludzi.
- Josh przestań mnie pouczać z łaski swojej. Skoro jestem jedynym, który chce doprowadzić tą sprawę do końca to chociaż daj mi to zrobić. - Warknął. Wyciągnął z kieszeni okulary przeciwsłoneczne i wsunął je na nos.
- Nie mogę przestać bo widzę co chcesz zrobić. - Powiedział nadal spokojnie, po chwili jednak zabrał bratu trzymane w dłoni smycze. - Miałeś oszczędzać nadgarstek. Zapomniałeś co mówiła pielęgniarka? Jeśli nadal będziesz tak robił już nigdy nie zagrasz.
Kers prychnął i już się nie odezwał. Był zirytowany ale nie miał siły na kłótnie z bratem. Tak po prostu.
- Tata będzie dzisiaj w domu na kolacji? - Spytał w taki sposób jakby w ogóle go to nie obchodziło. Josh westchnął tylko cicho.
- Nie będzie go.
Resztę drogi przebyli w milczeniu. Nic nie musieli mówić, żeby zrozumieć siebie nawzajem. Kersowi brakowało miłości odkąd umarła ich matka, a Josh nie miał już do niego siły.
- Nie bądź dupkiem Kers.
- Nie rozkazuj mi. - Spojrzał w telefon chcąc żeby brat zrezygnował z pouczania go. Nie miał siły wysługiwać ciągłych pouczeń Josha.
- Ech... Kim był ten chłopak w oknie co? - Josh patrzył przenikliwie na brata. Martwił się o swojego młodszego brata ale wiedział, że tamten tego nie rozumie. Kers uniósł delikatnie kąciki ust. Pokręcił głową i spojrzał na brata.
- Nazywał się ,,nie twój interes". Raczej go nie znasz.
- Znam go Kers a przynajmniej kojarzę. No już gadaj kto to. Widziałem jak się uśmiechasz pod nosem.
- Och znasz go? Z popołudniowych herbatkę jak mniemam. Poznaliście się na wieczorku bingo? Chodzicie razem na ploteczki czy coś? - Prychnął zirytowany. Nigdy nie lubił kiedy Josh udawał ich matkę. Pomijając fakt że robił to nie umiejętnie zostawała jeszcze kwestia charakteru chłopaka. Kers wiedział że jego brat nie chce źle. Jednak na wiedzy się kończyło. Czuł, że nie musi się mu tłumaczyć, tak samo jak zdawać sprawozdania za wszystkiego co robi. A już na pewno nie z tego z kim się zadaje.
- Masz sklerozę czy coś? Okej może po prostu go nie poznałeś ale już o nim rozmawialiśmy. Pora przejść się do okulisty Josh.
Josh zmarszczył brwi zły. Docinki Kersa na dłuższą metę były po prostu irytujące i wyczerpujące.
- Jeśli chcesz być sam to proszę bardzo tylko potem się nie zdziw dobra?
- Gadasz jak ojciec. Cały czas ta sama śpiewka. To przestaje być zabawne. Nie jesteś ani nim ani mamą. - Warknął młodszy blondyn wsuwając dłonie do kieszeni.
- A ty gadasz od rzeczy. Zachowujesz się jak rozpieszczony dzieciak.
- Skończyliśmy już rozmowę Josh. - warknął.
- Nie mów do mnie takim tomem Kers! - Josh szarpnął go za rękę. Teraz stali oko w oko z ponurymi minami w ciszy pełnej napięcia. Psy zaskomlały kiedy starszych z nich zacisnął palce na ramieniu młodszego.
- Jestem tu dla Ciebie Kers! Do jasnej cho...
- Nie jesteś. - przerwał mu - Rozmawiasz ze mną bo pielęgniarka Cię o to prosiła. Myślisz że nie wiem co jest między wami? Ślepy by zauważył.
Josh zacisnął rękę w pięść i uderzył brata zupełnie wyprowadzony z równowagi. Czuł się okropnie z tym co zrobił ale już dawno nie był tak wściekły jak teraz.
- Rozmawiam z tobą bo jesteś moim bratem Kers! - Josh potrzebował chwili żeby ochłonąć... Wiedział o tym więc przerwał na chwilę żeby zaczerpnąć parę głębokich wdechów.
- Martwię się o Ciebie młody...


Drake obserwował rodzeństwo siedząc spokojnie na obszernym parapecie. Firanki powiewały delikatnie muskając czuprynę niebieskookiego. Zastanawiał się co takiego stało się pomiędzy Joshem i Kersem. Krzyczeli tak głośno że zmarły by się obudził.

- Łaski bez. - Warknął wyrywając smycze z dłoni brata i ruszył do domu.
,,Mama nie chciała żebyśmy się kłócili Josh... Więc czemu wiecznie do tego doprowadzasz?" - Spytał siebie w duchu ale podświadomie wyczuwał że to z nim jest coś nie tak... Że to on jest beznadziejny.
Josh zmarszczył brwi patrząc na brata. Nie rozumiał czemu tak bardzo jego młodszy braciszek wszystkich od siebie odsuwa.
Wróciwszy do domu Kers zaszył się w swoim pokoju. Przekręcił klucz w drzwiach, włączył cichą muzykę i usiadł na kanapie z książką w ręku. Musiał odpocząć od tego wszystkiego, nawet od myślenia i analizowania. Od Drake’a, Jacka, Josha i całej reszty. W samotności i w spokoju. Kers spojrzał na gwiazdy i westchnął. Niebo było piękne, tajemnicze i majestatyczne zarazem. Pomyślał o wszystkim co się wydarzyło do tej pory i niby nie mógł ukryć dumy ale było mu bardzo ciężko.
-Chyba muszę porozmawiać z Joshem...-Powiedział sam do siebie podziwiając księżyc..

***
-Kers musi gdzieś tu mieszkać.. - siedział tak myśląc o blondynie ale nic mu z tego nie przyszło. Potem przyszła do niego pielęgniarka, ale nie została na długo. Wypiła z nim herbaty, podyskutowała i udała się do dalszej pracy, w końcu Drake nie jest jedyną osobą na oddziale. Dzień minął w spokoju... no prawie. Chłopak czytał książkę która przyniosła mu matka. Czytał ją w skupieniu i bardzo spokojnie. Nic nie zaprzątało mu głowy. Kiedy odłożył dość obszerną książkę położył się na szpitalnym łóżku i wyjrzał przez niezasłonięte okno. Rano obudzą go jasne promienie słońca ale przynajmniej teraz może w spokoju, bez problemu oglądać piękne niebo pokryte milionami gwiazd. Chłopak westchnął cicho przypominając sobie wszystkie dotychczasowe przeżycia. Pamiętał jak dziś dzień w którym trafił do szpitala. Pamiętał również o układzie który zawarł z najpopularniejszą osobą w szkole. Ciągle miał wątpliwości...

***
Blondyn westchnął ciężko. Patrzył na niebo jeszcze przez długi czas zanim zdecydował się pójść do pokoju brata, a dokładniej stanąć pod jego drzwiami z kwaśna miną. Niby chciał porozmawiać z bratem ale jednocześnie nadal się wahał. Ile minęło odkąd ostatni raz rozmawiał szczerze z bratem? Szczerze? Nie pamiętał. Josh rozmawiał przez telefon przeglądając gazetę. Czuł obecność brata pod drzwiami... Kers zacisnął dłonie w pięści i biorąc głęboki oddech zapukał w drzwi. Nigdy nie wchodził do pokoju brata bez pytania, tak samo jak Josh nie wchodził do niego. Tak zostali wychowani... Już nawet za bardzo o tym nie myślał.
,,Tyle razy już się kłóciliśmy... Nie zrozumie mnie, nie teraz. Po cholerę tu przyszedłem?!" - Pomyślał chcąc zapaść się pod ziemię. Dlaczego zawsze kończył w takich sytuacjach? Zapewne na własne życzenie ale nigdy nie było to dla niego proste. Josh zakończył rozmowę z delikatnym uśmiechem i powoli otworzył drzwi przybierając maskę spokoju.
-Kers? Wejdź... - otworzył bratu szeroko drzwi. Chłopak więc wkroczył do pokoju pewnym siebie krokiem z obojętnością wymalowaną na twarzy. Spojrzał po kawowych ścianach i meblach stojących przy nich marszcząc brwi gdy dostrzegł fotografie szkolnej pielęgniarki.
- Udam, że tego nie widzę. - mruknął przechodząc obok fotografii by spocząć na miękkiej szarej kanapie.
- Musimy porozmawiać Josh. Tym razem bez złośliwości... Albo przynajmniej spróbować bo ostatnio ciężko nam się dogadać. A mówiąc ostatnio mam na myśli od śmierci mamy - Pozwolił by to zdanie zawisło w powietrzu. Josh zerknął na fotografię po czym przeniósł wzrok na brata.
- Okej... W końcu... Kiedyś trzeba się pogodzić… - Chrząknął cicho. Jednak Josh dość opatrznie zrozumiał słowa brata. Kers uniósł brwi i spojrzał na mężczyznę.
- Nie wspomniałem słowem o godzeniu się. - Mruczy, ale widać, że jakaś jego część tego właśnie chce. - Chciałem porozmawiać o śmierci mamy... Chcę żebyś pomógł mi znaleźć dowody.
Josh zmarszczył nieznacznie czoło.
- Nie chcesz się pogodzić... Trudno... Znaleźć dowody?
- Nie, że nie chcę ale nawet jeśli to zrobimy to nic się nie zmieni. Nadal będziesz udawał mamę... - Mruknął.
- Chcę znaleźć dowody na to, że mama została zamordowana.
Josh skrzywił się mocno. Chłopak nie rozumiał dlaczego brat uważa, że zachowuje się jak matka.
- Nie jestem mamą.
- No nie jesteś... A cały czas mi matkujesz. Zabawne w huj nie? - Warknął ale po chwili westchnął i wyjrzał za okno.
- Chcę udowodnić, że mama została zamordowana... – Kontynuował wcześniej przerwany temat niewzruszony. 
- Nie przeklinaj. - Powiedział ostro Josh. Nie rozumiał zachowania brata, które bardzo mu się nie spodobało. Kers zmarszczył mocno brwi.
- Widzisz? Znowu to robisz...
- Ale o co ci chodzi, co młody? -Josh unosi jedną brew i zirytowany siadając na fotelu przed bratem. Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami jak dwa drapieżniki przed walką.
- Już nie ważne. Widzę, że nie chcesz rozmawiać na żaden ważny dla mnie temat. Jak zresztą zwykle, Josh. - Powiedział lodowatym głosem. Josh wzdycha głośno patrząc na brata z wyrzutem.
- Co cię tak zmieniło? Nie ważne... Skąd chcesz wziąć te dowody?
- Och, nagle interesują cię moje problemy? - Prycha zirytowany.- Pendraiw mamy... Miała tam kopie ważnych dokumentów...
- Ech... I co dalej?
Kers patrzy zdziwiony na swojego brata nie rozumiejąc czego ten nie rozumie i jak w ogóle może o to pytać. W końcu to oczywiste. Kiedy zdobędzie dowody przeciwko Hanningtonom pójdzie z nimi na policję i zrobi głośną sprawę. Nie pozwoli żeby śmierć jego matki pozostała niepomszczona... Same dowody będą dla niego wystarczającym zwycięstwem. Josh za to westchnął i z rezygnacją obserwował emocje na twarzy brata, zmieniające się jak w kalejdoskopie. Nie mógł powiedzieć, że nie wie co chłopak chce zrobić, co więcej jakaś część jego to popierała ale... To było po prostu niewłaściwe. Niewłaściwe bo ucierpią na tym niewinni ludzi, którzy mogą przez to stracić prace... Oni ucierpią bardziej niż Hanningtonowie... O ile ta rodzina w ogóle jest wszystkiemu winna, bo tego nie mogli być pewni.
- Kers. - Głos Josha przerywa ciszę, panującą w pokoju od dłuższej chwili. Jego oczy błyszczą w skupieniu, a twarz ułożona jest w wyrazie konsternacji. - Wiem, że śmierć mamy była dla ciebie trudnym przeżyciem. Dla mnie też. I dla ojca. - Zawiesza się na chwilę, chcąc się upewnić czy jego słowa na pewno trafiają do chłopaka. - Każdy z nas opłakuje tą stratę, ale... Sądzisz, że mama chciała by zemsty i cierpienia innych?
Kers patrzy na brata niezadowolony, a jego oczy ciskają gromy i gdyby mogły zabijać starszy Razentill leżał by martwy na fotelu. Przecież on nigdy nie zaprzeczał, że jego brat i ojciec cierpią... Tutaj po prostu chodzi o sprawiedliwość, o to że ktoś odebrał życie osobie, która wiedziała o nim więcej niż ktokolwiek inny, która wspierała go bardziej niż ktokolwiek inny.
- Myślę, że nie chciała by, żeby jej mordercy chodzili na wolności. – Kers warknął, zaciskając ręce na spodniach. -Dziwi mnie tylko, że ty i ojciec macie to gdzieś... A może właśnie tego chcieliście co?! Żeby mama umarła! - W jednej chwili Josh znalazł się przy bracie ściskając jego bluzkę w pięści.
- Jesteśmy rodziną Kers. - Cedzi przez zaciśnięte zęby. - Zastanów się komu co zarzucasz, bo do jasnej cholery, jestem twoim bratem!
Z oczu młodszego blondyna spływają łzy.
W pokoju zapada cisza, która miała trwać jeszcze wiele godzin.